Zobacz temat
 
Titans: Rewritten
Dick Grayson już dawno porzucił strój Robina. Teraz próbuje ułożyć swoje życie na nowo z dala od Gotham i superbohaterskich akcji jako policyjny detektyw w Detroit. Wszystko komplikuje się, kiedy zostaje wysłany do zbadania tajemniczej sceny morderstwa. Na jego drodze staje młoda dziewczyna, wokół której dzieją się niesamowite rzeczy.


Czy zgrzytałeś zębami na niektóre rozwiązania fabularne, wykorzystane w serialu Titans? Czy nie mogłeś ścierpieć braku spójnej fabuły i wpychania postaci na siłę? Czy ciągle płaczesz nad bezsensowną śmiercią Donny?
Jeśli na którekolwiek z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, ta historia jest dla ciebie! Robin :)
Titans: Rewritten to nasza próba wyłowienia najciekawszych wątków i postaci z tego chaosu, jakim był serial, i poukładanie ich w miarę spójną, logiczną całość. Możemy obiecać dobrą zabawę, kryminalną zagadkę, rozwój bohaterów i brak najbardziej irytującej pary świata. Życzymy miłej lektury oraz zapraszamy na bloga:
https://titans-re...gspot.com/
Można nas też znaleźć na Wattpadzie:
https://www.wattp...-rewritten

Ravenna i For

blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg_4UjAwkNtuLacTVxwSuEJ7Ibko6B_kSAzK2PigDhx91wsW3LpJQNVji82i3Glqe-aWteu6AbGbjD5yMmSXZavO0StyLXSI63Y4ievcRW_4RuaW_CjtyWiMqHW6atPYulqf5iZtMxNzFcBJsyPhnkcN2eFq-fGJAbLhV3Nb3r7x5DqRkCR2w-6__2yXA/w410-h640/TITANS%20Rewritten(2).png


Rozdziały:
1. Ucieczka https://titans-re.../11/1.html
2. Poszukiwanie https://titans-re...wanie.html
3. Przesłuchanie

Połączony z 2021-11-17, 23:29:42:
1. Ucieczka


Sprawdził ostatnią stronę raportu, podpisał się w wyznaczonym miejscu i z ciężkim westchnieniem odłożył kartkę na rosnący stos. Przetarł twarz i wbił zmęczony wzrok w piętrzące się papiery, które domagały się jego uwagi. Zapowiadała się kolejna noc spędzona przy biurku.
W ramach rozprostowania kości podniósł się i podreptał w stronę automatu z kawą. Po drodze wymienił kilka uprzejmych kiwnięć głową z innymi detektywami. Przez ostatnie tygodnie bali się do niego odezwać. Dotarły do niego plotki, że podobno przynosi pecha. Cóż, nie mógł się im dziwić - w końcu ostatnia partnerka, którą przydzieliła mu góra, skończyła z czaszką roztrzaskaną kijem bejsbolowym. A wszystko przez to, że dwójka psycholi chciała go dopaść, wykorzystując do tego bogu ducha winną kobietę.
Wrzucił monetę i wybrał podwójne espresso. Oparł się łokciem o maszynę i wbił wzrok w wiszący na ścianie telewizor. Ktoś przełączył kanał informacyjny na jakiś talk show. Ubrana w czarny komplet prezenterka spekulowała wraz z gośćmi, gdzie podział się Robin.
Dick uśmiechnął się cierpko. Wielkimi krokami zbliżała się rocznica, odkąd po raz ostatni założył strój. Cały świat zastanawiał się, co stało się z Cudownym Chłopcem, a tymczasem sam zainteresowany utknął w Detroit na stanowisku detektywa przy wydziale zabójstw. Skrzywił się na widok niewyraźnego zdjęcia, na którym widoczna była rozmazana czerwono-żółto-zielona plama. Krótkie gacie zamiast długich wzmacnianych spodni wskazywały, że fotografia została zrobiona na początku jego walki z przestępczością. Kiedy nawalanie oprychów gołymi pięściami miało jeszcze dla niego sens. Kiedy Hawk i Dove jeszcze żyli…
Chrząknięcie za plecami wyrwało go z zamyślenia. Złapał kubek, uśmiechnął się przepraszająco i wrócił do biurka. Nie zdążył nawet usiąść, kiedy rozdzwonił się telefon.
- Departament Policji w Detroit, detektyw Richard Grayson.
Głos po drugiej stronie obudził go lepiej niż wiadro kawy. Stał przez chwilę w bezruchu, notując w pamięci usłyszane informacje. W końcu zgarnął z oparcia krzesła kurtkę, machnął na dwóch policjantów okupujących dystrybutor wody i pomknął w stronę windy.
Wsiadł do Porsche, którego zazdrościło mu pół wydziału. Wiedział, że z tak wystawnym samochodem sam prosił się o kłopoty, ale sentyment nie pozwolił mu zmienić auta. W końcu otrzymał je na szesnaste urodziny od Alfreda. Staruszkowi pękłoby serce, gdyby zamienił srebrzyste cudo na zwykłe Audi.
Wbił adres w nawigację i ruszył, nie czekając na współpracowników.
Przez całą trasę zastanawiał się nad zasłyszanymi rewelacjami. Sąsiad, zmartwiony hałasem i odgłosami wystrzałów, zadzwonił na policję. W domu znaleziono dwa ciała, mężczyznę i kobietę. Jedno z nich zostało zabite w niewiadomy sposób.
Osiedle składało się głównie z prostych domków jednorodzinnych. Strzelanina była w tej okolicy czymś nowym. Miejsce zbrodni wskazał Dickowi ambulans, radiowóz oraz zbierający się pomimo późnej godziny gapie. Jeden z policjantów właśnie oklejał frontowe drzwi policyjną taśmą.
Richard wysiadł z samochodu i zlustrował dom. Budynek nie wyróżniał się na tle innych. Amerykańska flaga powiewała leniwie, wywieszona przez okno na piętrze. Niewielkie podwórko, zaniedbany trawnik, odpadający w niektórych miejscach tynk i stos śmieci czekających na wywiezienie zdradziło detektywowi, że mieszkańcy nie byli milionerami.
- Dick. - W progu stanął wysoki, czarnoskóry policjant.
- Marv.
Wymienili skinięcia głową i weszli do środka, by ukryć się przed wzrokiem gapiów.
- Co się stało? - Dick wbił ręce w kieszenie skórzanej kurtki. Dopiero zaczynał się październik, ale chłodne wieczory dawały o sobie znać.
- Mam nadzieję, że masz mocny żołądek. Tak jak już trochę tu pracuję, tak czegoś takiego jeszcze nie widziałem. - Policjant przepuścił dwóch techników w przejściu i wskazał palcem w stronę otwartych na oścież drzwi prowadzących do kuchni. - Częstuj się.
- O czym ty… - Detektyw wsunął głowę do pomieszczenia i mina mu zrzedła. - O -cenzura-.
Jako pierwszy uderzył go w nozdrza metaliczno-rdzawy zapach krwi. Widział już wiele miejsc zbrodni, ale to przyprawiło go o mdłości. Na środku pomieszczenia w kałuży posoki leżała około czterdziestoletnia kobieta z raną postrzałową głowy. Przykucnął przy ciele, założył rękawiczki i odgarnął sklejone włosy. Wokół szyi ciągnęły się ciemne linie. Ktoś ją dusił.
Przeniósł wzrok na ciało leżące pod ścianą. Dopiero z bliska był w stanie określić, że zmarły był białym mężczyzną. Nic więcej. Twarz była obwisła i zapadnięta, jakby ktoś wyciągnął z niej wszystkie mięśnie i kości. Papierowa skóra przypominała bardziej spreparowane trofeum do powieszenia nad kominkiem niż kiedyś żywą osobę.
- Co powiedział koroner? - Dick przysunął się do wątłego ciała i niepewnie je dotknął. Kości i mięśnie znajdowały się na swoim miejscu, ale zachowywały się jak galareta.
Marv wzruszył ramionami.
- Czekamy na dokładną sekcję. Kobieta to prosta sprawa, była duszona przez faceta, ale zmarła na miejscu od strzału. Co zabiło jego, nie wiadomo. Podejrzewamy udział osób trzecich. - Machnął ręką w stronę martwego mężczyzny. - Facet wygląda, jakby dosłownie uszło z niego życie. Raczej sam sobie tego nie zrobił.
Dick mruknął coś pod nosem. Dalsze oględziny ciała nie przyniosły odpowiedzi. Zwłoki nie posiadały żadnej, nawet najmniejszej rany. Trup wpatrywał się pełnymi przerażenia oczami w pustkę przed sobą.
- Co wiemy na temat mieszkańców? I co z tym, który zgłosił zabójstwo?
- Mieszkała tutaj Mary Wolfman, lat czterdzieści dwa, razem z córką Rachel. Na alarmowy zadzwonił sąsiad, Terry Lang. Mówił, że po strzale widział, jak Rachel wybiegła z domu. - Marv przewertował notatnik. - Sąsiedzi kilka razy zgłaszali wcześniej jakieś niepokojące odgłosy, ale poza tym nic się w tym domu nie działo. Sąsiad powiedział nam jeszcze, że trzyma się od tego domu z daleka, bo coś jest z nimi nie tak. Zhang zabrał go na komendę na przesłuchanie.
- Mało konkretne informacje. - Dick wstał i rozejrzał się po kuchni. Poza oczywistą plamą krwi w pomieszczeniu panował względny porządek. Włamywaczowi raczej nie chodziło o rabunek. - A co z dziewczyną?
- Nie jest pełnoletnia, nie ma prawa jazdy, więc nie powinna daleko uciec. Nie znaleźliśmy też informacji o kimś, do kogo mogłaby się udać. Matka biologiczna zmarła kilka lat temu, a adopcyjna nie posiadała żadnej bliższej rodziny. Nic też nie wiemy o ewentualnych znajomych czy przyjaciołach - oznajmił policjant.
- Masz jej zdjęcie?
Marv przez chwilę grzebał w notatniku, po czym wyciągnął pomiętą fotografię i podał ją Dickowi. Lekko naderwane zdjęcie przedstawiało młodą dziewczynę o drobnej, znużonej twarzy. Cienie pod oczami próbowała nieudolnie ukryć makijażem. Kruczoczarne włosy do ramion okalały twarz, jakby chciały skryć ją przed światem. W pierwszej chwili skojarzyła się Dickowi z typowymi szkolnymi wyrzutkami. Kiedy jednak przyjrzał się jej oczom, doznał dziwnego, nieprzyjemnego uczucia.
Potrząsnął głową i przeniósł wzrok na współpracownika.
- Myślisz, że to ona jest odpowiedzialna za tego tam? - Marv skinął głową w stronę trupa.
- Nie wiem. Na razie skupmy się na jej odnalezieniu. Jeśli nie jest winna, to powie nam, co tu się wydarzyło. - Dick klepnął policjanta w ramię i oddał mu zdjęcie.
Dom opuścił z rosnącym niepokojem w głowie.

Rachel nasunęła głębiej kaptur i przyspieszyła kroku, by czym prędzej zniknąć z pola widzenia wścibskiego sąsiada. Mężczyzna nie szczędził kąśliwych uwag i plotek na temat jej i Mary, przybranej matki, z którą mieszkała od lat w Detroit.
Rachel weszła na nieco zapuszczony plac, którym nie miał się kto zająć. Wbiegła po kilku skrzypiących schodkach i sięgnęła do plecaka po klucz. Grzebiąc jeszcze w jego wnętrzu, spróbowała wycelować bez patrzenia w zamek. Nie mogąc trafić, uniosła wzrok.
Na widok swojego odbicia przeszedł ją dreszcz. Dwie pary oczu połyskujących gniewną czerwienią wpatrywały się w nią z szyby w drzwiach. Usta wyginały się nieznacznie w ironicznym uśmiechu, chociaż jej własne pozostawały zaciśnięte.
Rachel potrząsnęła głową, ignorując zjawisko. Czasami wciąż zdarzało jej się wzdrygnąć na widok upiornego odbicia, które pojawiało się zupełnie niespodziewanie. Każda lustrzana powierzchnia mogła stać się bramą dla tego potwornego stworzenia, które przyglądało się Rachel jakby z innego wymiaru. Czasami milczało, wyłącznie patrząc z politowaniem. Czasami podsuwało odrażające pomysły. A czasami ostrzegało.
Dziewczyna sięgnęła ponownie do klamki, by wejść wreszcie do domu, ale odbicie warknęło gardłowym głosem:
– Nie wchodź!
Rachel ponownie się wzdrygnęła. Do jej świadomości wślizgnęło się poczucie zagrożenia. Uchwyt na klamce nieco zelżał.
– Uciekaj! – warknęło ponownie.
Tym razem Rachel stanowczo nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
– Mamo, wróciłam! – krzyknęła, siląc się na neutralny ton.
Nie była jednak w stanie ukryć nuty niepewności, którą zasiało w niej odbicie. Niewytłumaczalne poczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa nie odpuszczało.
– Jestem w kuchni! – odparła po chwili Mary.
Rachel słysząc ją najpierw się uspokoiła. Zaraz jednak uchwyciła drżenie w głosie matki i ponownie się spięła. Rzuciła plecak na podłogę, przeszła przez korytarz i powoli zajrzała do kuchni.
Była pusta. Na kuchence stał garnek, ale gaz był wyłączony. Drzwi do spiżarni stały otworem, jednak z niewielkiego pomieszczenia nie sączyło się żadne światło.
Rachel weszła ostrożnie do kuchni. Glany nie ułatwiały cichego poruszania się.
– W lodówce masz obiad, możesz sobie odgrzać – oznajmiła Mary załamującym się głosem.
Ze spiżarni dobiegły zduszony odgłos i ciężkie kroki. Zza ściany wyłoniła się jej matka. Potężna ręka zaciśnięta na jej szyi, ogromny pistolet wycelowany w skroń. Zaraz za nią wyszedł wysoki, barczysty mężczyzna.
Rachel cofnęła się. Wpadła na krzesło i nieomal się przewróciła.
– Stój, albo rozwalę jej łeb – syknął, mocniej przyciskając pistolet do białej jak papier skóry.
Mary załkała zduszonym głosem. Nogi się pod nią uginały, z zaciśniętych oczu płynęły łzy.
– Nie… – jęknęła słabo Rachel.
Całe ciało miała spięte. Niezdolne do ruchu. Dopiero gdy zaczęły palić ją płuca, zdała sobie sprawę, że wstrzymała oddech. Serce waliło niebezpiecznie szybko. Krew dudniła w skroniach, uniemożliwiając myślenie.
– Nawet nie próbuj uciekać – powiedział lodowato, stawiając krok do przodu. – Zbyt długo cię szukaliśmy, byś znowu nam zniknęła.
Zbliżał się powoli, ciągnąc półprzytomną Mary.
Oddech Rachel stał się urywany, przed oczami jej pociemniało. Uniosła wzrok ponad ramię mężczyzny. W szybie płonęły cztery rubinowe punkty. Wyraźniejsze niż zawsze, jakby nie były omamem, a elementem rzeczywistości.
– Odwróć się – rozkazał napastnik. Odczekał moment, wpatrując się wyczekująco. – Odwróć się albo ją zabiję! – ryknął.
Umysł Rachel zmroziło. Ciało spięło się jak do skoku. Czerwone oczy zajaśniały jeszcze mocniej.
– Zabij go! – syknęło odbicie.
Rachel zacisnęła powieki. Poczuła szarpnięcie. Na moment zrobiło jej się lodowato i jednocześnie lekko. Jakby się unosiła.
Rozległ się huk. Strzał rozbudził wszystkie zmysły. Rozwarła szeroko oczy, ponownie czując ciężar ciała.
Mężczyzna osunął się na ziemię. Padł bezwładnie, sflaczały i trupioblady. Ubrania nie opięły się na nim, lecz opadły niżej, lądując w szkarłatnej kałuży. Rachel podążyła wzrokiem za krwią, która zaczęła tworzyć kratownicę między płytkami.
Mazista ciecz wypływała z rozerwanej na strzępy głowy Mary. Wzrok Rachel padł na rozwarte szeroko oczy matki. Tak bezdennie puste. Martwe.
Zaczęło brakować jej powietrza. Myśli galopowały na równi z sercem. Upadła na kolana, błądząc niewidzącym wzrokiem od matki, do mężczyzny i leżącego między nimi pistoletu.
Cały świat zwalił się na nią w jednym momencie. Napięcie puściło, dopuszczając do głosu świadomość.
Matka martwa.
Mężczyzna martwy. Zabity. Przez nią.
Zerwała się na nogi. Ciało było jednak zbyt sztywne, by wykonywać polecenia. Upadła, prawie wpadając w rozbryzgi krwi. W panice zaczęła odpychać się rękami i nogami w stronę korytarza. Podtrzymując się ściany, wstała chwiejnie, zgarnęła plecak i wypadła na zewnątrz.
Pobiegła bezmyślnie przed siebie. Nie obchodziło ją dokąd. Chciała uciec, ukryć się przed światem. Zapomnieć o tym, co się stało.
Obraz martwych oczu matki wypalił się jednak w jej umyśle już na zawsze, by prześladować ją na każdym kroku.
Edytowane przez For dnia 2022-05-26, 23:41

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Dobra robota. Czytało się naprawdę przyjemnie. Czekam na więcej
Czy ja coś muszę mówić o stylu? Dwie ekspertki się dobrały, to i napisane jest platynowo. Widzę, że na samym początku pozbyłyście się naszych ulubionych bohaterów Hanka i Dawn Gwiazdka :D . Opis surowy, realistyczny i w końcu coś się zazębia. Ciekawe też, że nie pozwoliłyście Rachel wiedzieć, że ona nie była jej biologiczną matką, czyli coś innego będzie się w fabule dziać.
Wszystko jak najbardziej na plus, czekam na więcej i przede wszystkim gratuluję pomysłu Gwiazdka :D
tyle czasu już minęło odkad widzialam ten odcinek, że milo bylo to sobie zobaczyć w innej wersji Bestia :P bardzo ladnie wam to wyszło, jestem ciekawa jaki macie pomysł na dalszy ciąg Bestia ;) ❤️❤️❤️
titansgo.pl/upload/img/61977a7be1f5b.jpg
Dziękujemy za wszystkie komentarze <3 dobrze widzieć, że ten eksperyment został ciepło przyjęty! Shadow Happy

@Rachela - Raven wie, że jest adoptowana. Na początku jej fragmentu pada zdanie o przybranej matce i plotach, jakie rozsiewa sąsiad. Robin :) A Hank i Dawn nie byli tu nikomu do szczęścia potrzebni, umówmy się xD. Mają szczęście, że ni chciało mi się opisywać brutalnych scen mordu xD

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Cieszę się, że się podoba Gwiazdka :D
For ma rację, Hank i Dawn mogliby się pojawić tylko i wyłącznie na potrzeby krwawej sceny ich śmierci xD
2. Poszukiwanie

Galopujące myśli zaczęły zwalniać. Ich natłok powoli znikał, pozwalając rozumowi dojść do głosu. Z każdym krokiem świadomość Rachel przejmowała coraz większą kontrolę nad rozchwianym umysłem.
Dopiero teraz dotarło do niej, że ulice opustoszały, a lampy zdążyły się już automatycznie uruchomić. Nieświadomie, w całkowitym amoku przeszła co najmniej parę mil. Wraz z przejaśnieniem umysłu zatłoczonego makabrycznymi obrazami dotarło do niej obezwładniające zmęczenie.
Rozejrzała się po okolicy. Niefortunnie zawędrowała do niezbyt przyjaznej części Detroit, której matka zawsze kazała jej unikać. Szła jednak przed siebie, nie patrząc na boki i starając się zachować prostą, pewną siebie postawę.
Wydarzenia sprzed kilku godzin zaczęły bombardować jej umysł niczym armatnie kule. Obrazy martwej matki, dziwny kształt i włamywacz, z którego na jej oczach uszło życie. To wszystko było tak absurdalne, że zaczęła się zastanawiać, czy aby sobie tego nie uroiła. A może był to tylko niebywale realny sen, z którego za niedługo obudziłaby się jak zawsze z krzykiem i walącym sercem. Modliła się, by właśnie tak było.
Z ponurych myśli wyrwał ją krzyk. Spojrzała w prawo, na zacienioną uliczkę. Dostrzegła sylwetkę zgiętego w pół mężczyzny, który raz po raz wykrzykiwał coś bełkotliwie.
Rachel przyspieszyła, tak samo jak jej serce i oddech. Czuła nadchodzącą falę paniki. Okrutna rzeczywistość waliła z całych sił do umysłu, którego bramy nie były w stanie się utrzymać ani chwili dłużej.
Kolejny krzyk za jej plecami i metaliczny trzask spowodowały, że porwała się do biegu. Sama nie wiedziała, przed czym uciekała. Pędziła przed siebie, nie widząc nic dookoła. Krew dudniła jej w uszach. Nie zważała na zmęczenie, na palące płuca. Chciała uciec przed całym światem. Zniknąć. Rozpłynąć się raz na zawsze.
Potknęła się. Wyrżnęła na chodnik, zdzierając skórę na dłoniach. Włosy wpychały się do załzawionych oczu. Ledwo nabierała powietrze.
Żarówki w lampach zaczęły pękać z trzaskiem. Szkło posypało się na puste ulice. Rachel zaciskała powieki z całych sił, jakby miało ją to obronić przed przytłaczającymi obrazami. Ogarnęło ją przerażenie. Ktoś włamał się do ich domu. Zamordował jej matkę, po czym sam zginął.
Z rąk Rachel.
Była tego pewna. Zabiła człowieka. Stała się potworem, którego widziała w snach. Spełniła żądania demona. Jej rękami urzeczywistnił swoje chore żądze mordu.
Zwinęła się w kłębek. Cała się trzęsła, łzy ciekły jej po policzkach. Miała wrażenie, że za chwilę się udusi. Że umrze, na co zasługiwała.
Napięcie rozpierało jej ciało. Sama nie wiedziała, czy palący ból był fizyczny, czy psychiczny. Zaczęła odpływać.
Ciemność objęła ją swoimi szponami. Nastała błoga cisza.

*****

Po tym, jak opuścił miejsce zbrodni, Dick wsiadł do samochodu i wbił wzrok w kierownicę. Powinien jechać na posterunek i dokończyć robotę, ale wiedział, że za nic nie mógłby się skupić na papierach. Do mieszkania też nie miał po co wracać. Nie zasnąłby po takiej dawce horroru.
Na monitorze pokładowym sprawdził mapę okolicy. Wszystkie miejsca publiczne, do których mogłaby udać się po pomoc, były już zamknięte. Dziewczyna nie posiadała prawka, nie mogła uciec za daleko.
Mruknął pod nosem przekleństwo i odpalił silnik. I tak nie miał nic lepszego do roboty.
Wcisnął pedał gazu. Samochód zamruczał i gładko ruszył z miejsca. Po pustych, nocnych ulicach Detroit mknął niczym zawodowy łyżwiarz. Dick zawsze wolał to miasto nocą. Bywało wtedy równie paskudne, co Gotham, jednak na swój własny sposób.
Gotham. Najwyższy wskaźnik przestępczości w Stanach. Sól w oku każdego superbohatera. Skażona ziemia. Niekończące się źródło zgnilizny moralnej. Takiemu złu przeciwstawić się mógł tylko Rycerz z prawdziwego zdarzenia. Wraz z armią wiernych giermków, gotowych oddać życie w imię wyższych wartości, dzień za dniem chronił przed zepsuciem place, ulice i ludzkie dusze.
Nie był za to w stanie chronić własnej rodziny.
Dick wiedział, że Bruce miał dobre intencje, kiedy zdecydował się go adoptować. Niestety, dobrymi intencjami piekło wybrukowane. Bruce nie był nigdy gotowy na dzieci, co sam przyznał, kiedy Dick rzucił mu strojem Robina prosto w twarz i oświadczył, że odchodzi. Pomiędzy graniem bilionera a nocnym polowaniem na złoczyńców Batman ledwo znajdował czas na porządny trening z młodym pomocnikiem, a co tu dopiero mówić o porządnym wychowaniu. Całe szczęście, że wszędzie tam, gdzie Mroczny Mściciel nie mógł, tam Alfreda posłał.
Dick przyłapywał się na tym, że myślał o starym kamerdynerze o wiele częściej niż o ojcu adopcyjnym. W końcu to Alfred odrabiał z nim zadania domowe, gotował rozgrzewające zupy w trakcie choroby i składał połamane na misjach kości. Niestety, on i Bruce mieli pewną denerwującą wspólną cechę - chorobliwą wręcz powściągliwość. Każdy sukces kwitowany był uprzejmym skinieniem głowy, a każda porażka sumowana beznamiętną ciszą. Dick wciąż pamiętał, kiedy jako zbuntowany siedemnastolatek wrócił do rezydencji na piechotę, bo skradzione z garażu lamborghini roztrzaskał na moście. Przywitały go kamienne maski opiekunów i krótka wzmianka, że w ramach kary zabroniono mu widywać się z ówczesną dziewczyną. Z czasem Dick zrozumiał, że próba wzbudzenia jakichkolwiek ludzkich uczuć w starym brytyjczyku i zafiksowanym przebierańcu mijała się z celem.
Bunt zaniknął. Pozostało beznadziejne poczucie bycia pozostawionym samemu sobie z emocjami, dla których nie znajdował ujścia. Czuł, jak z każdym dniem gniew, poczucie niesprawiedliwości i obojętność mieszają się ze sobą, tworząc gnijącą, duszącą mieszankę. Raz po alkoholu wygadał się Babs, że jego wnętrzności pokrywają się brudem, w głowie na zgniliźnie wyrastają grzyby, a z ust z każdym słowem skapuje pleśń. Chyba go wtedy wyśmiała.
Szukał sposobu na pozbycie się tego bagażu, ale żadna opcja nie wydawała się dobra. Barbara w trakcie szczerej rozmowy kazała mu się wziąć w garść i być wdzięcznym za to, że może walczyć ze złem pod skrzydłami Batmana - Dick doznał wtedy niemiłego przeczucia, że kobiecie bardziej zależało na jego koneksjach z Nietoperzem niż na nim samym. Jego podejrzenia zostały potwierdzone niecałe pół roku później, kiedy to sam Jim Gordon wkroczył do rezydencji Wayne’a i na dzień dobry przywitał właściciela pięścią w twarz za zaciążenie jego córki.
Liga wielokrotnie oferowała mu sesję z wyselekcjonowanymi specjalistami, ale za każdym razem odmawiał. Choć wierzył w profesjonalizm lekarzy, zdawał sobie sprawę, że równie dobrze spotkania mogłyby odbywać się w pokoju przesłuchań. Batman był w stanie dokopać się do każdej poufnej informacji. Dick nie zdziwiłby się, gdyby psychiatrzy mieli wręcz przykazane raportować każde najmniejsze wyznanie odpowiednim osobom. W końcu dobro Ligii Sprawiedliwości było ważniejsze od dobra jednostki. Myślał czasem o prywatnych wizytach, lecz inni psycholodzy również odpadali w przedbiegach - większość jego życia toczyła się wokół sekretów i nieznanych nikomu tożsamości Batmana i Robina. Sesja, podczas której nie mógłby wyrzucić na spokojnie wszystkiego, co leżało mu na żołądku, mijała się z celem.
Lata mijały. Czara goryczy przelała się, kiedy zginęli Hawk i Dove. Para problematycznych dzieciaków o dobrych sercach. Wspierani pokaźnymi czekami od Bruce’a mieli za zadanie pomagać z drobniejszymi przestępcami i pilnować Robina podczas wypadów, w których Batman nie mógł brać udziału.
Tamtej nocy jak zwykle patrolowali miasto. Natknęli się na handel narkotykami. Hank po fali sukcesów źle ocenił niebezpieczeństwo. Przerażona Dawn rzuciła się na pomoc, ale udało jej się zdjąć tylko dwóch zbirów, nim sama oberwała. Dick miał do wyboru skazaną na porażkę próbę walki z liczną grupą lub wezwanie pomocy.
Kiedy Batman dotarł na miejsce, Robin z połamanymi żebrami i wygiętą pod dziwnym kątem ręką próbował zatamować krew bluzgającą z szyi Dove. Dilerzy tymczasem kończyli przerabiać pałkami czaszkę Hawka na miazgę.
On z miejsca zdarzenia pojechał od razu do kostnicy. Ona umarła kilka dni później w szpitalu.
Pogrzeb był niewielki. Oprócz Dicka przyszła tylko matka Dawn i kilkoro członków drużyny futbolowej z licealnych lat Hanka. Nie mógł nikomu spojrzeć w oczy. Po ceremonii od razu wrócił do rezydencji, spakował swój niewielki dobytek, pożegnał się z Alfredem i złożył strój Robina na mahoniowym biurku Bruce’a.
“Nigdy nie powinienem był decydować się na dzieci”.
Przynajmniej w tej kwestii się zgadzali.
Z ponurych rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu. Na ekranie multimedialnym samochodu wyświetlił się nieznany numer. Przesunął palcem zieloną słuchawkę.
– Detektyw Richard Grayson, słucham.
– Dick? Tu Marv – odezwał się głos po drugiej stronie. A, no tak. Policjant z miejsca zbrodni. – Wziąłem twój numer z bazy, mam nadzieję, że…
– Nie ma problemu – uciął Dick. – Jak sytuacja? Znaleźliście coś nowego?
– Tak. Ktoś zadzwonił na pogotowie, że widział przerażoną nastolatkę błąkającą się w okolicy Handy Park.
Dick zmarszczył brwi. Rachel uczęszczała do liceum imienia Benjamina Franklina, gdzieś właśnie w tamtych okolicach. Pewnie szukała miejsca, w którym czuła się bezpiecznie. Mało prawdopodobne, ale możliwe, że pierwsze, co przyszło jej do głowy, to liceum.
– Myślisz, że to nasza zguba?
– Z opisu pasuje. Zabrali ją do Garden City Hospital.
– Dzięki za informację. Zaraz tam będę. – Nim rozmówca zdążył dodać coś więcej, Dick rozłączył się. Wcisnął pedał gazu i skręcił w lewo.
Może to co robił, nie miało sensu. Dziewczyna sporo przeszła. Pewnie nic z niej konkretnego nie wyciągnie. Mimo to mężczyzna czuł, że musi się z nią koniecznie zobaczyć jeszcze tej samej nocy. Coś w tej sprawie okrutnie mu śmierdziało.
Dwadzieścia minut po północy Dick przekroczył próg szpitala ogólnego. Zdawkowe błyśnięcie odznaką później miał już potwierdzenie: Rachel Wolfman, lat siedemnaście, oddział psychologi dziecięcej. Znaleźli ją skuloną w zaułku. Oprócz nielicznych zadrapań nie odniosła fizycznych obrażeń. Nie odezwała się słowem do nikogo.
Dick uśmiechnął się w podziękowaniu do recepcjonistki i już miał odejść, kiedy jego wzrok przykuła kobieta. Stała po drugiej stronie półokrągłej recepcji i nachylała się w stronę pielęgniarza. Marszczyła brwi i szeptała coś niespokojnie. Trzymała go uporczywie za ramię. Do uszu Graysona doleciało jedno krótkie słowo.
Rachel.
– Przepraszam… – odezwał się, podchodząc bliżej.
Kobieta natychmiast puściła rękę pielęgniarza. Ten, korzystając z okazji, szybko wycofał się do swoich obowiązków.
– Tak? – odchrząknęła. Poprawiła wyprasowany w kant żakiet i poczęstowała detektywa uśmiechem z tego rodzaju, który sugerował, co złego może stać się z człowiekiem, jeśli natychmiast nie zajmie się swoimi sprawami.
– Detektyw Richard Grayson, departament policji w Detroit. – Machnął od niechcenia oznaką. Wyciągnął w jej stronę rękę. – Możemy porozmawiać?
– Chętnie, ale nie za bardzo wiem, o czym. – Wymienili uściski dłoni. Uwadze mężczyzny nie uszedł niewielki tatuaż w kształcie ptaka umiejscowiony pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Rysunek był jednak zbyt mały, by Dick mógł dojrzeć coś więcej.
– Czy zna może pani osobę o imieniu Rachel, która przebywa w tym szpitalu? – Przyglądał się jej uważnie.
– Rachel? – Jej spojrzenie było rozbiegane, jak gdyby szukała ucieczki z całej sytuacji. – Nie, raczej nie… Nie przypominam sobie nikogo takiego.
– W takim razie co pani tutaj robi?
– To wolny kraj, chyba wolno mi przebywać w szpitalu – powiedziała ostro. Po chwili jednak odetchnęła. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech. – Nieładnie jest podsłuchiwać. Przyszłam odwiedzić doktor Raquel. Byłyśmy umówione. – Wzruszyła ramionami. Odgarnęła grzywkę opadającą na oczy. Zerknęła na zegar ścienny. – A teraz, jeśli pan pozwoli, spieszę się.
Dick odmruknął coś w odpowiedzi. Oparty o blat przyglądał się, jak kobieta pospiesznie opuszcza budynek szpitala.
Gdy tylko zamknęły się za nią rozsuwane drzwi, sięgnęła po telefon. Przyłożyła słuchawkę do ucha. Zniknęła w mroku, machając na taksówkę.
Mężczyzna odepchnął się od recepcji i ruszył w stronę windy. Miał w końcu śledztwo do przeprowadzenia.

***

Chwila przerwy dla wszystkich na wyjście z szoku, że nie porzuciłyśmy tekstu po pierwszym rozdziale.
Dzień dobry Robin :). Witamy serdecznie w tą piękną niedzielę, podczas której na TitansGo.pl obchodzimy drugi już Dzień Fanfików. Mamy nadzieję, że to głównie Dickowe marudzenie dobrze się czytało i pomimo powodzi dramatu w tym rozdziale dobrze się bawiliście.
Do następnego!
Edytowane przez For dnia 2022-02-27, 09:15

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Przejdź do forum: