Zobacz temat
 
Titans: Rewritten
Dick Grayson już dawno porzucił strój Robina. Teraz próbuje ułożyć swoje życie na nowo z dala od Gotham i superbohaterskich akcji jako policyjny detektyw w Detroit. Wszystko komplikuje się, kiedy zostaje wysłany do zbadania tajemniczej sceny morderstwa. Na jego drodze staje młoda dziewczyna, wokół której dzieją się niesamowite rzeczy.


Czy zgrzytałeś zębami na niektóre rozwiązania fabularne, wykorzystane w serialu Titans? Czy nie mogłeś ścierpieć braku spójnej fabuły i wpychania postaci na siłę? Czy ciągle płaczesz nad bezsensowną śmiercią Donny?
Jeśli na którekolwiek z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, ta historia jest dla ciebie! Robin :)
Titans: Rewritten to nasza próba wyłowienia najciekawszych wątków i postaci z tego chaosu, jakim był serial, i poukładanie ich w miarę spójną, logiczną całość. Możemy obiecać dobrą zabawę, kryminalną zagadkę, rozwój bohaterów i brak najbardziej irytującej pary świata. Życzymy miłej lektury oraz zapraszamy na bloga:
https://titans-re...gspot.com/
Można nas też znaleźć na Wattpadzie:
https://www.wattp...-rewritten

Ravenna i For

blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg_4UjAwkNtuLacTVxwSuEJ7Ibko6B_kSAzK2PigDhx91wsW3LpJQNVji82i3Glqe-aWteu6AbGbjD5yMmSXZavO0StyLXSI63Y4ievcRW_4RuaW_CjtyWiMqHW6atPYulqf5iZtMxNzFcBJsyPhnkcN2eFq-fGJAbLhV3Nb3r7x5DqRkCR2w-6__2yXA/w410-h640/TITANS%20Rewritten(2).png


Rozdziały:
Prolog https://titans-re...rolog.html
1. Rysa na szkle
2. Ucieczka https://titans-re.../11/1.html
3. Poszukiwanie https://titans-re...wanie.html
4. Przesłuchanie https://www.wattp...-rewritten
5. Pytania https://titans-re...mosci.html


Prolog

Każdego, kto wszedł do wysokiego, zasnutego półmrokiem holu, witały ustawione wzdłuż ścian figury. Pomimo iż tabliczka głosiła „choć nie święci, pokazują, jak być chrześcijaninem”, twarze wykute w brązie nie przywoływały pozytywnych odczuć. Aurę tajemniczości i wiszącego w ciężkim powietrzu niepokoju potęgowało rozproszone światło, które wpadało przez świetliki w strzelistym suficie. Dopiero na końcu hol rozszerzał się i tworzył rozległe koło. Odchodziło stąd pięć par dwuskrzydłowych, zdobionych drzwi. 

– Wiem, że ostatnio wpłynęło sporo darowizn, ale nie spodziewałem się, że będzie nas stać na coś takiego. – Mężczyzna z brodą wszedł do recepcji.

– Coś takiego? – Zza lady wysunęła się kobieta. – Co masz na myśli, bracie? – Uniosła brew. 

– No… – zawahał się pod jej świdrującym spojrzeniem. – Coś tak drogiego. Klasztor był z pewnością bardzo kosztowny, sama siostra widzi, jak dobrze jest utrzymany – zawahał się na moment. – Myślałem, że środki mają iść na potrzebujących, nie doczesne przybytki. – Odłożył karton.

Odgiął się mocno. Rozległo się bolesne chrupnięcie. Mężczyzna stęknął, wykonał jeszcze kilka wymachów oraz skrętów i rozejrzał się po pomieszczeniu. 

Posadzka była w dużym stopniu zakryta przez pudełka, części mebli i narzędzia, dało się jednak dostrzec misternie zaprojektowany kwiecisty wzór. Każdy element wykonany z największą starannością o szczegóły, od scen biblijnych wyrzeźbionych na solidnych drzwiach, po te namalowane na ścianach. Budynek był zachowany w nad wyraz dobrym stanie, jak na jego wiek. Poprzedni właściciele musieli sumiennie dbać o klasztor przez te wszystkie lata. 

„Pewnie stąd jego cena” – pomyślał mężczyzna.

– Koszty odgrywają tutaj drugorzędną rolę – odezwała się w końcu kobieta. Przecięła nożykiem kolejny karton i wypakowując stosy dokumentów, kontynuowała: – Chodzi o znaczenie tego klasztoru i to, że ludzie zaczną inaczej postrzegać Kościół. Stworzymy tutaj ostoję dla potrzebujących, miejsce, gdzie zawsze otrzymają pomoc. Zresztą kimże jesteśmy, by kwestionować wybory Brata Blooda? – Wzruszyła ramionami i posłała mężczyźnie nieprzychylne spojrzenie.

Oboje zamilkli. Przez chwilę jeszcze przyglądał się kobiecie, jak płynnymi i zdecydowanymi ruchami rozcinała kolejne kartony i opróżniała je. Spojrzała na niego ponaglająco. Ocknął się z letargu i szybko wyszedł po pozostałe pakunki. Za każdym razem, gdy mijał posągi, po plecach przechodziły go ciarki.

Gdy ostatni stos dokumentów wylądował w jednej z wielu szuflad i wszystkie kable zostały już podłączone do odpowiednich gniazdek, z niewielkiego radia dobiegła czołówka wieczornych wiadomości. 

Oboje usiedli i odetchnęli z ulgą. Uwijali się jak tylko mogli, by skończyć o wyznaczonej godzinie. Nikt nie chciał zawieźć Brata Blooda, zwłaszcza że zapowiedział swoją wizytę, by osobiście sprawdzić, jak szły prace.

– Tylko mi wydaje się niecodzienne, że Brat chce przyjść zobaczyć, jak rozpakowujemy kartony? – rzucił zmęczonym głosem. – Specjalnie wrócił z Gotham, by za parę dni tam wrócić na ten bal charytatywny – stwierdził sceptycznie.

– Najwyraźniej uznał, że dopilnowanie przygotowań nowej siedziby Kościoła jest dla niego bardzo ważne – odparła ze spokojem. 

Rozejrzał się jeszcze raz, podrapał po czubku nosa i zapytał:

– Nie uważasz, że te malowidła nieszczególnie pasują do świą… – podjął temat, ale kobieta uciszyła go ostro.

– Cicho – syknęła i podgłośniła radio.

– … Pierwszego Oddziału Specjalnego Stanowego Departamentu Policji. Według statutu ma zajmować się on trudnymi do rozwiązania sprawami kryminalnymi i przestępstwami, co do których istnieje podejrzenie, że zostały użyte kosmiczne technologie lub magia. Właśnie w tym momencie zaprzysiężanych jest dwanaście osób oraz istot pozaziemskich. Na czele oddziału stanie Kory Anders, pomimo protestów środowisk sprzeciwiających się obecności istot pozaziemskich w strukturach publicznych. Na miejscu jest nasz wysłannik…

– Żałosne – prychnął mężczyzna i odchylił się na krześle. – Ludzie powinni zwrócić się do prawdziwego obrońcy, zamiast szukać wsparcia w jakichś kosmitach – sarknął i wyciągnął się, by ściszyć radio.

– Nie ma czym się przejmować. Niech zakładają te swoje śmieszne oddziały. Kiedy przyjdzie czas, przekonają się, że na nic im się one nie zdadzą – skwitowała obojętnie.

– Widziałaś, jak w Gotham wzdychają do tych przebierańców? Batman i Robin, też mi coś – rzucił z niesmakiem. – Powinni tak wzdychać do Brata, on jest prawdziwym wybawcą – dodał z całkowitym przekonaniem w głosie.

Kobieta milczała przez chwilę, skubiąc dolną wargę. Dopiero po chrząknięciu mężczyzny ocknęła się i spojrzała na niego nieco spłoszona.

– Przekonają się, tak.

– Oby jak najszybciej – dodał stanowczo.

Poprawiła spódnicę i ułożyła się wygodniej na krześle.

– Możliwe, że szybciej, niż się spodziewamy – uśmiechnęła się półgębkiem. 

– Co masz na myśli? – Pochylił się w jej stronę.

– Z dobrego źródła wiem, że są bardzo blisko odnalezienia naszej zguby. – Odparła z nutą wyższości. – Podobno wiedzą już, gdzie trafiła po incydencie z jej… matką.

– I?

Kobieta poprawiła metalową bransoletkę, odsłaniając przy tym na moment niewielki tatuaż kruka. 

– No mów! – Uderzył pięścią w blat.

Drzwi wejściowe rozwarły się z hukiem. Wbiegła przez nie krępa blondynka. 

– Natychmiast… Z Bratem… – wydusiła, zginając się w pół. – Łączcie. – Wysunęła przed siebie plik starych dokumentów. – Znaleźliśmy Kryształ.
Edytowane przez For dnia 2022-11-18, 19:42

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Dobra robota. Czytało się naprawdę przyjemnie. Czekam na więcej
Czy ja coś muszę mówić o stylu? Dwie ekspertki się dobrały, to i napisane jest platynowo. Widzę, że na samym początku pozbyłyście się naszych ulubionych bohaterów Hanka i Dawn Gwiazdka :D . Opis surowy, realistyczny i w końcu coś się zazębia. Ciekawe też, że nie pozwoliłyście Rachel wiedzieć, że ona nie była jej biologiczną matką, czyli coś innego będzie się w fabule dziać.
Wszystko jak najbardziej na plus, czekam na więcej i przede wszystkim gratuluję pomysłu Gwiazdka :D
tyle czasu już minęło odkad widzialam ten odcinek, że milo bylo to sobie zobaczyć w innej wersji Bestia :P bardzo ladnie wam to wyszło, jestem ciekawa jaki macie pomysł na dalszy ciąg Bestia ;) ❤️❤️❤️
titansgo.pl/upload/img/61977a7be1f5b.jpg
Dziękujemy za wszystkie komentarze <3 dobrze widzieć, że ten eksperyment został ciepło przyjęty! Shadow Happy

@Rachela - Raven wie, że jest adoptowana. Na początku jej fragmentu pada zdanie o przybranej matce i plotach, jakie rozsiewa sąsiad. Robin :) A Hank i Dawn nie byli tu nikomu do szczęścia potrzebni, umówmy się xD. Mają szczęście, że ni chciało mi się opisywać brutalnych scen mordu xD

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Cieszę się, że się podoba Gwiazdka :D
For ma rację, Hank i Dawn mogliby się pojawić tylko i wyłącznie na potrzeby krwawej sceny ich śmierci xD
2. Ucieczka

Sprawdził ostatnią stronę raportu, podpisał się w wyznaczonym miejscu i z ciężkim westchnieniem odłożył kartkę na rosnący stos. Przetarł twarz i wbił zmęczony wzrok w piętrzące się papiery, które domagały się jego uwagi. Zapowiadała się kolejna noc spędzona przy biurku. 

W ramach rozprostowania kości podniósł się i podreptał w stronę automatu z kawą. Po drodze wymienił kilka uprzejmych kiwnięć głową z innymi detektywami. Przez ostatnie tygodnie bali się do niego odezwać. Dotarły do niego plotki, że podobno przynosi pecha. Cóż, nie mógł dziwić się współpracownikom – w końcu ostatnia partnerka, którą przydzieliła mu góra, skończyła z czaszką roztrzaskaną kijem bejsbolowym. A wszystko przez to, że dwójka psycholi chciała go dopaść, wykorzystując do tego bogu ducha winną kobietę. 

Wrzucił monetę i wybrał podwójne espresso. Oparł się łokciem o maszynę i wbił wzrok w wiszący na ścianie telewizor. Ktoś przełączył kanał informacyjny na jakiś talk show. Ubrana w czarny komplet prezenterka spekulowała wraz z gośćmi, gdzie podział się Robin. 

Dick uśmiechnął się cierpko. Wielkimi krokami zbliżała się rocznica, odkąd po raz ostatni założył strój. Cały świat zastanawiał się, co stało się z Cudownym Chłopcem, a tymczasem sam zainteresowany utknął w Detroit na stanowisku detektywa w wydziale zabójstw. Skrzywił się na widok niewyraźnego zdjęcia, na którym widoczna była rozmazana czerwono-żółto-zielona plama. Krótkie gacie zamiast długich wzmacnianych spodni wskazywały, że fotografia została zrobiona na początku jego walki z przestępczością. Kiedy nawalanie oprychów gołymi pięściami miało jeszcze dla niego sens. Kiedy Hawk i Dove jeszcze żyli…

Chrząknięcie za plecami wyrwało go z zamyślenia. Złapał kubek, uśmiechnął się przepraszająco i wrócił do biurka. Nie zdążył nawet usiąść, kiedy rozdzwonił się telefon. 

– Departament Policji w Detroit, detektyw Richard Grayson. 

Głos po drugiej stronie obudził go lepiej niż wiadro kawy. Dick stał przez chwilę w bezruchu, notując w pamięci usłyszane informacje. W końcu zgarnął z oparcia krzesła kurtkę, machnął na dwóch policjantów okupujących dystrybutor wody i pomknął w stronę windy. 

Wsiadł do porsche, którego zazdrościło mu pół wydziału. Zazwyczaj jeździł do pracy zwyczajnym i nierzucającym się w oczy audi, ale porszaka też od czasu do czasu trzeba było przepalić. Sentyment nie pozwolił mu pozbyć się drogiego samochodu. W końcu był to prezent na szesnaste urodziny od Alfreda.

Wbił adres w nawigację i ruszył, nie czekając na współpracowników.

Przez całą trasę zastanawiał się nad rewelacjami, które usłyszał od depozytora. Sąsiad, zmartwiony hałasem i odgłosami wystrzałów, zadzwonił na policję. W domu znaleziono dwa ciała, mężczyznę i kobietę. Jedno z nich zmarło w niewiadomy i „niepokojący” sposób – cokolwiek to znaczyło. Do sprawy przydzielił Dicka prokurator Perez. Oznaczało to tyle, że czeka go kolejny ciężki orzech do zgryzienia. Perez uwielbiał zawalać go skomplikowanymi sprawami. Gdzie w końcu diabeł nie może, tam Graysona poślą, jak to zwykł mawiać.

Osiedle składało się głównie z prostych domków jednorodzinnych. Strzelanina była w tej okolicy czymś nowym. Miejsce zbrodni wskazał Dickowi ambulans, radiowóz oraz zbierający się pomimo późnej godziny gapie. Jeden z policjantów właśnie oklejał frontowe drzwi policyjną taśmą. Dwójka pielęgniarzy szykowała już nosze i czarne worki.

Richard wysiadł z samochodu i zlustrował dom. Budynek nie wyróżniał się na tle innych. Amerykańska flaga powiewała leniwie, wywieszona przez okno na piętrze. Niewielkie podwórko, zaniedbany trawnik, odpadający w niektórych miejscach tynk i stos śmieci czekających na wywiezienie zdradziło detektywowi, że mieszkańcy nie byli milionerami.

– Dick. – W progu stanął wysoki, czarnoskóry mężczyzna. Najwyraźniej wezwanie wyciągnęło go prosto z łóżka, w przeciwnym wypadku za nic nie pokazałby się publicznie z rozwichrzonymi włosami i wymiętą marynarką.

– Prokurator Perez.

Wymienili skinięcia głową i weszli do środka, by ukryć się przed wzrokiem gapiów. Zanim minęli jednak stojącego w korytarzu dziennikowego, Dick uważnie obejrzał drzwi wejściowe z obu stron. Brak śladów włamania.

– Co się stało? – Dick wbił ręce w kieszenie skórzanej kurtki. Dopiero zaczynał się październik, ale chłodne wieczory dawały o sobie znać.

– Mam nadzieję, że masz mocny żołądek. Jak trochę już pracuję, tak czegoś takiego jeszcze nie widziałem. – Prokurator przepuścił dwóch techników w przejściu i wskazał palcem w stronę otwartych na oścież drzwi prowadzących do kuchni. – Częstuj się.

– O czym ty… – Detektyw wsunął głowę do pomieszczenia. – O cholera. 

Poczuł ledwo wyczuwalny, metaliczno-rdzawy zapach krwi. Na środku pomieszczenia w kałuży posoki leżała około czterdziestoletnia kobieta z raną postrzałową głowy. Przykucnął przy ciele, założył rękawiczki i odgarnął sklejone włosy. Wokół szyi ciągnęły się ciemne linie. Ktoś ją dusił.

Przeniósł wzrok na ciało leżące pod ścianą. Dopiero z bliska był w stanie określić, że zmarły był białym mężczyzną. Nic więcej. Twarz miał obwisłą i zapadniętą, jakby ktoś wyciągnął z niej wszystkie mięśnie i kości. Papierowa skóra bardziej przypominała spreparowane trofeum do powieszenia nad kominkiem niż kiedyś żywą osobę.

– Co powiedział koroner? – Dick przysunął się do wątłego ciała i dotknął go niepewnie. Kości i mięśnie znajdowały się na swoim miejscu, ale zachowywały się jak galareta.

Perez wzruszył ramionami. 

– Czekamy na dokładną sekcję. Kobieta to prosta sprawa, była duszona przez faceta, ale zmarła na miejscu od strzału. Co zabiło jego, nie wiadomo. Podejrzewamy udział osób trzecich. – Machnął ręką w stronę martwego mężczyzny. – Facet wygląda, jakby dosłownie uszło z niego życie. Raczej sam sobie tego nie zrobił.

Dick mruknął coś pod nosem. Dalsze oględziny ciała nie przyniosły odpowiedzi. Zwłoki nie posiadały żadnej, nawet najmniejszej rany. Trup wpatrywał się pełnymi przerażenia oczami w pustkę przed sobą. 

– Co wiemy na temat mieszkańców? I co z tym, który zgłosił zabójstwo? 

– Mieszkała tutaj Mary Wolfman, lat czterdzieści dwa, razem z córką Rachel. Na alarmowy zadzwonił sąsiad, Terry Lang. Mówił, że po strzale widział, jak Rachel wybiegła z domu. – Perez przewertował notatnik. – Sąsiedzi kilka razy zgłaszali wcześniej jakieś niepokojące odgłosy, ale poza tym nic się w tym domu nie działo. Sąsiad powiedział nam jeszcze, że trzyma się od tego domu z daleka, bo coś jest z nimi nie tak. Zhang zabrał go na komendę na przesłuchanie.

– Mało konkretne informacje. – Dick wstał i rozejrzał się po kuchni. Poza oczywistą plamą krwi w pomieszczeniu panował względny porządek. Włamywaczowi raczej nie chodziło o rabunek. – A co z dziewczyną?

– Nie jest pełnoletnia, nie ma prawa jazdy, więc nie powinna daleko uciec. Nie znaleźliśmy też informacji o kimś, do kogo mogłaby się udać. Matka biologiczna zmarła niedługo po porodzie, a adopcyjna nie posiadała żadnej bliższej rodziny. Nic też nie wiemy o ewentualnych znajomych czy przyjaciołach – oznajmił prokurator. 

– Masz jej zdjęcie?

Przez chwilę grzebał w notatniku, po czym wyciągnął pomiętą fotografię i podał ją Dickowi. Lekko naderwane zdjęcie przedstawiało młodą dziewczynę o drobnej, znużonej twarzy. Cienie pod oczami próbowała nieudolnie ukryć makijażem. Kruczoczarne włosy do ramion okalały twarz, jakby chciały skryć ją przed światem. W pierwszej chwili skojarzyła się Dickowi z typowymi szkolnymi wyrzutkami. Kiedy jednak przyjrzał się jej oczom, doznał dziwnego, nieprzyjemnego uczucia.

Potrząsnął głową i przeniósł wzrok na współpracownika.

– Myślisz, że to ona jest odpowiedzialna za tego tam? – Perez skinął głową w stronę trupa.

– Nie wiem. Na razie skupmy się na jej odnalezieniu. Jeśli nie jest winna, to powie nam, co tu się wydarzyło. – Dick oddał zdjęcie i wyruszył na dalsze oględziny.

Ustalił, że do wnętrza domu prowadziły tylko jedne drzwi, a żadne okno również nie nosiło śladów włamania. Gdyby napastnik chciał okraść dom, mógł ruszyć do działania w nocy. Nikt raczej nie rabuje mieszkań w środku dnia, kiedy właściciel jest w środku. Brak śladów walki w przedpokoju oznaczał, że Mary otworzyła mu drzwi. Mógł się podać za serwisanta, albo urzędnika, i w ten sposób wzbudzić zaufanie ofiary. Wpuściła go do domu, po czym udali się do kuchni. Rachel w tym czasie była w drodze powrotnej ze szkoły. Co nastąpiło potem? Na broni znaleziono tylko odciski palców mężczyzny, więc żył, kiedy zginęła Mary. Nastoletnia dziewczyna prawdopodobnie zareagowała bardzo emocjonalnie, napastnik mógł też próbować ją zaatakować. W jaki sposób implodował? Czy napastnik mógł to zrobić sobie sam, w ramach samobójstwa, tak jak zamachowcy często robili z tabletkami z cyjankiem?

Grayson opuścił dom z rosnącym niepokojem w głowie. Czekała go kolejna nieprzespana noc.

***

Rachel nasunęła głębiej kaptur i przyspieszyła kroku, by czym prędzej zniknąć z pola widzenia wścibskiego sąsiada. Mężczyzna nie szczędził kąśliwych uwag i plotek na temat jej i Mary, przybranej matki, z którą mieszkała od lat w Detroit.

Dziewczyna weszła na nieco zapuszczony plac, którym nie miał kto się zająć. Wbiegła po kilku skrzypiących schodkach i sięgnęła do plecaka po klucz. Wyłowiła go spomiędzy pogniecionych podręczników. Siłując się z zamkiem błyskawicznym, spróbowała wycelować bez patrzenia w otwór. Nie mogąc trafić, uniosła wzrok.

Na widok swojego odbicia przeszedł ją dreszcz. Dwie pary oczu połyskujących gniewną czerwienią wpatrywały się w nią z szyby w drzwiach. Usta wyginały się nieznacznie w ironicznym uśmiechu, chociaż jej własne pozostawały zaciśnięte. 

Rachel potrząsnęła głową, ignorując zjawisko. Niekiedy wciąż zdarzało jej się wzdrygnąć na widok upiornego odbicia, które pojawiało się zupełnie niespodziewanie. Każda lustrzana powierzchnia mogła stać się bramą dla tego potwornego stworzenia, które przyglądało się Rachel jakby z innego wymiaru. Czasami milczało, wyłącznie patrząc z politowaniem. Czasami podsuwało odrażające pomysły. A czasami ostrzegało.

Dziewczyna ponownie sięgnęła do klamki, by wejść wreszcie do domu, ale odbicie warknęło gardłowym głosem:

– Nie wchodź!

Rachel ponownie się wzdrygnęła. Do jej świadomości wślizgnęło się poczucie zagrożenia. Uchwyt na klamce nieco zelżał. 

– Uciekaj! – warknęło ponownie.

Tym razem Rachel stanowczo nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.

– Mamo, wróciłam! – krzyknęła, siląc się na neutralny ton.

Nie była jednak w stanie ukryć nuty niepewności, którą zasiało w niej odbicie. Niewytłumaczalne poczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa nie odpuszczało.

– Jestem w kuchni! – odparła po chwili Mary. 

Rachel słysząc ją najpierw się uspokoiła. Zaraz jednak uchwyciła drżenie w głosie matki i ponownie się spięła. Rzuciła plecak na podłogę, przeszła przez korytarz i powoli zajrzała do kuchni.

Była pusta. Na kuchence stał garnek, ale gaz był wyłączony. Drzwi do spiżarni stały otworem, jednak z niewielkiego pomieszczenia nie sączyło się żadne światło.

Rachel weszła ostrożnie do kuchni. Metalowe łańcuszki na glanach nie ułatwiały cichego poruszania się.

– W lodówce masz obiad, możesz sobie odgrzać – oznajmiła Mary, załamując głos.

Ze spiżarni dobiegły też ciężkie kroki, aż wreszcie matka wyłoniła się zza ściany. Potężna ręka zaciśnięta na jej szyi, ogromny pistolet wycelowany w skroń. Zaraz za nią wyszedł wysoki, barczysty mężczyzna. 

Rachel cofnęła się. Wpadła na krzesło i nieomal się przewróciła.

– Stój albo rozwalę jej łeb – syknął, mocniej przyciskając pistolet do białej jak papier skóry.

Mary załkała zduszonym głosem. Nogi się pod nią uginały, z zaciśniętych oczu płynęły łzy.

– Nie… – jęknęła słabo Rachel.

Całe ciało miała spięte. Niezdolne do ruchu. Dopiero gdy zaczęły palić ją płuca, zdała sobie sprawę, że wstrzymała oddech. Serce waliło niebezpiecznie szybko. Krew dudniła w skroniach. Otwarła usta. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– Nawet nie próbuj uciekać – powiedział oschle, stawiając krok do przodu. – Zbyt długo cię szukaliśmy, byś znowu nam zniknęła.

Zbliżał się powoli, ciągnąc półprzytomną Mary. 

Oddech Rachel stał się urywany, przed oczami jej pociemniało. Uniosła wzrok ponad ramię mężczyzny. W szybie płonęły cztery rubinowe punkty. Wyraźniejsze niż zawsze, jakby nie były omamem, a elementem rzeczywistości.

– Odwróć się – rozkazał napastnik. Odczekał moment, wpatrując się wyczekująco. – Odwróć się albo ją zabiję! – ryknął. 

Umysł Rachel zmroziło. Ciało spięło się jak do skoku. Czerwone oczy zajaśniały jeszcze mocniej. 

– Zabij go! – syknęło odbicie.

Rachel zacisnęła powieki. Poczuła szarpnięcie. Na moment zrobiło jej się lodowato i jednocześnie lekko. Jakby się unosiła.

Rozległ się huk. Strzał rozbudził wszystkie zmysły. Rozwarła szeroko oczy, ponownie czując ciężar ciała. 

Głowa mężczyzny nabrzmiała. Skóra na twarzy obwisła, oczy wyszły z orbit. Osunął się bezwładnie na ziemię, jakby nie miał w sobie ani jednej kości. Pobladł i sflaczał. Z sinych ust zaczęła sączyć się krew. Po twarzy pociekły czerwone linie.

Rachel przyglądała się, jak strużki wypełniały fugi, tworząc kratownicę. 

Mężczyzna osunął się na ziemię. Padł w kałużę krwi bezwładnie, trupioblady. Ubrania już go nie opinały, lecz zwisały na sflaczałym ciele. Rachel podążyła wzrokiem za krwią, która między płytkami zaczęła tworzyć kratownicę.

Mazista ciecz wypływała z przestrzelonej na wylot głowy Mary. Wzrok Rachel padł na rozwarte szeroko oczy matki. Tak bezdennie puste. Martwe. 

Zaczęło brakować jej powietrza. Myśli galopowały na równi z sercem. Upadła na kolana, błądząc niewidzącym wzrokiem od matki do mężczyzny i leżącego między nimi pistoletu.

Cały świat zwalił się na nią w jednym momencie. Napięcie puściło, dopuszczając do głosu świadomość. 

Matka martwa. 

Mężczyzna martwy. Zabity. Przez nią.

Zerwała się na równe nogi. Ciało było jednak zbyt sztywne, by wykonywać polecenia. Upadła, prawie wpadając w rozbryzgi krwi. W panice zaczęła odpychać się rękami i nogami w stronę korytarza. Podtrzymując się ściany, wstała chwiejnie, zgarnęła plecak i wypadła na zewnątrz. 

Pobiegła bezmyślnie przed siebie. Nie obchodziłą ją dokąd. Chciała uciec, ukryć się przed światem. Zapomnieć o tym, co się stało. 

Obraz martwych oczu matki wypalił się jednak w jej umyśle już na zawsze, by prześladować ją na każdym kroku.

Połączony z 2022-06-01, 13:12:42:
3. Poszukiwanie

Galopujące myśli zaczęły zwalniać. Ich natłok powoli znikał, pozwalając rozumowi dojść do głosu. Z każdym krokiem świadomość Rachel przejmowała coraz większą kontrolę nad rozchwianym umysłem. Powódź nieskładnych myśli i rozmytych obrazów ustąpiła. 

Matka – martwa. 

Morderca – martwy.

Rachel nie mogła odepchnąć obrazu pustych oczu Mary. Krwi sącząca się z jej głowy. Przestrzelonej na wylot głowy. 

Nie, to nie mogło się zdarzyć.

Mężczyzna upadający bezwładnie. Sflaczały i bezwładny jak worek. Blady jak trup.

Nie, to nie mogła być prawda.

To musiał być sen. Omamy. Najgorszy z koszmarów. 

Musiała tam wrócić. Sprawdzić i przekonać się, że jej matka nie była martwa. Wyrwała się z otępienia.

Dopiero teraz dotarło do niej, że ulice opustoszały, a lampy zdążyły się już automatycznie uruchomić. Nieświadomie, w całkowitym amoku przeszła co najmniej parę mil. Wraz z przejaśnieniem umysłu zatłoczonego makabrycznymi obrazami dotarło do niej obezwładniające zmęczenie. 

Rozejrzała się po okolicy. Niefortunnie zawędrowała do niezbyt przyjaznej części Detroit, której matka zawsze kazała jej unikać. Szła jednak przed siebie, nie patrząc na boki i starając się zachować prostą, pewną siebie postawę. 

Usłyszała huk. 

Obróciła się gwałtownie. Ulica była pusta. Wystrzał rozległ się w jej głowie.

Mężczyzna pociągnął spust, ale oboje padli martwi. Scena przewinęła się do początku i znowu odtworzyła przed oczami Rachel. Huk, martwa Mary, martwy morderca. Od nowa.

Huk, Mary, mężczyzna. Huk, Mary, mężczyzna. Huk, Mary, cień, mężczyzna. 

Rachel aż przystanęła. 

Miała omamy. Czarna, rozmyta sylwetka, która przemknęła w mgnieniu oka między nią a mężczyzną. 

Musiała mieć omamy. Wszystko było wymysłem. Niebywale realnym snem, z którego za niedługo obudzi się z krzykiem i walącym sercem. 

Modliła się, by właśnie tak było.

Z ponurych myśli wyrwał ją krzyk. Spojrzała w prawo, na zacienioną uliczkę. Dostrzegła sylwetkę zgiętego w pół mężczyzny, który raz po raz wykrzykiwał coś bełkotliwie. 

Rachel przyspieszyła, tak samo jak jej serce i oddech. Czuła nadchodzącą falę paniki. Okrutna rzeczywistość waliła z całych sił do umysłu, którego bramy nie były w stanie się utrzymać ani chwili dłużej.

Kolejny krzyk za jej plecami i metaliczny trzask spowodowały, że porwała się do biegu. Sama nie wiedziała, przed czym uciekała. Pędziła przed siebie, nie widząc nic dookoła. Krew dudniła jej w uszach. Nie zważała na zmęczenie, na palące płuca. Chciała uciec przed całym światem. Zniknąć. Rozpłynąć się raz na zawsze.

Potknęła się. Wyrżnęła na chodnik, zdzierając skórę na dłoniach. Włosy wpychały się do załzawionych oczu. Ledwo nabierała powietrza. 

Żarówki w lampach zaczęły pękać z trzaskiem. Szkło posypało się na puste ulice. Rachel zaciskała powieki z całych sił, jakby miało ją to obronić przed przytłaczającymi obrazami. Ogarnęło ją przerażenie. Ktoś włamał się do ich domu. Zamordował jej matkę, po czym sam zginął.

Z rąk Rachel.

Była tego pewna. Zabiła człowieka. Stała się potworem, którego widziała w snach. Spełniła żądania demona. Jej rękami urzeczywistnił swoje chore żądze mordu.

Zwinęła się w kłębek. Cała się trzęsła, łzy ciekły jej po policzkach. Miała wrażenie, że za chwilę się udusi. Że umrze, na co zasługiwała.

Napięcie rozpierało jej ciało. Sama nie wiedziała, czy palący ból był fizyczny, czy psychiczny. Zaczęła odpływać.

Ciemność objęła ją swoimi szponami. Nastała błoga cisza.

***

 

Po tym, jak opuścił miejsce zbrodni, Dick wsiadł do samochodu i wbił wzrok w kierownicę. Powinien jechać na posterunek i dokończyć robotę, ale wiedział, że za nic nie mógłby się skupić na papierach. Do mieszkania też nie miał po co wracać. Palące uczucie z tyłu głowy, że musi sprawdzić trop, nie pozwoliłoby mu zasnąć.

Na monitorze pokładowym sprawdził mapę okolicy. Wszystkie miejsca publiczne, do których mogłaby udać się po pomoc, były już zamknięte. Dziewczyna nie posiadała prawka, nie mogła uciec za daleko. 

Mruknął pod nosem przekleństwo. Odpalił silnik. I tak nie miał nic lepszego do roboty. 

Wcisnął pedał gazu. Samochód zamruczał i gładko ruszył z miejsca. Po pustych, nocnych ulicach Detroit mknął niczym zawodowy łyżwiarz. Dick zawsze wolał to miasto nocą. Bywało wtedy równie paskudne, co Gotham, jednak na swój własny sposób. 

Gotham. Najwyższy wskaźnik przestępczości w Stanach. Sól w oku każdego superbohatera. Skażona ziemia. Niekończące się źródło zgnilizny moralnej. Takiemu złu przeciwstawić się mógł tylko Rycerz z prawdziwego zdarzenia. Wraz z armią wiernych giermków, gotowych oddać życie w imię wyższych wartości, dzień za dniem chroniłby przed zepsuciem place, ulice i ludzkie dusze. 

Nie był za to w stanie chronić własnej rodziny. 

Zatrzymał samochód na światłach. O przednią szybę obijały się pierwsze krople jesiennej mżawki. Mężczyzna wbił wzrok w grupkę roześmianych nastolatków, przebiegających przez ulicę. Przynajmniej trzymali się pasów. 

Dick wiedział, że Bruce miał dobre intencje, kiedy zdecydował się go adoptować. Niestety, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Zresztą Bruce nie był gotowy na dzieci. Pomiędzy graniem bilionera a nocnym polowaniem na złoczyńców Batman ledwo znajdował czas na porządny trening z młodym pomocnikiem, a co tu dopiero mówić o porządnym wychowaniu. Całe szczęście, że wszędzie tam, gdzie Mroczny Mściciel nie mógł, tam Alfreda posłał.

Światło zmieniło się i srebrne porsche ruszyło w dalszą drogę. 

Dick przyłapywał się na tym, że myślał o starym kamerdynerze o wiele częściej niż o ojcu adopcyjnym. W końcu to Alfred odrabiał z nim zadania domowe, gotował rozgrzewające zupy w trakcie choroby i składał połamane na misjach kości. Niestety, on i Bruce mieli pewną denerwującą wspólną cechę —‚ chorobliwą wręcz powściągliwość. Każdy sukces kwitowany był uprzejmym skinieniem głowy, a każda porażka sumowana beznamiętną ciszą. Z czasem Dick zrozumiał, że próba wzbudzenia jakichkolwiek ludzkich uczuć w starym brytyjczyku i zafiksowanym przebierańcu mijała się z celem. 

Warknął w przestrzeń i wyłączył radio. Ciągłe szczebiotanie spikera działało mu na nerwy. Na kolejnym skrzyżowaniu skręcił w lewo.

Bunt zaniknął. Pozostało beznadziejne poczucie bycia pozostawionym samemu sobie z emocjami, dla których chłopak nie znajdował ujścia. Czuł, jak z każdym dniem gniew, poczucie niesprawiedliwości i obojętność mieszają się ze sobą, tworząc gnijącą, duszącą mieszankę. Raz po alkoholu wygadał się Babs, że jego wnętrzności pokrywają się brudem, w głowie na zgniliźnie wyrastają grzyby, a z ust z każdym słowem skapuje pleśń. Chyba go wtedy wyśmiała.

Szukał sposobu na pozbycie się tego bagażu, ale żadna opcja nie wydawała się dobra. Barbara w trakcie szczerej rozmowy kazała mu się wziąć w garść i być wdzięcznym za to, że może walczyć ze złem pod skrzydłami Batmana – Dick doznał wtedy niemiłego przeczucia, że kobiecie bardziej zależało na jego koneksjach z Nietoperzem niż na nim samym. 

Dick otrząsnął się. Przeszłość to przeszłość. Szukanie zaginionej dziewczyny nie było najlepszą porą na rozpamiętywanie życiowych dramatów. Miał robotę do wykonania. 

Problemem pozostawała jedynie kwestia tego, gdzie tej całej Rachel szukać. Nie miał żadnych wskazówek. O drugiej w nocy zamykano już nawet bary, do których zresztą nikt by nieletniej nie wpuścił. O znajomych młodej też nikt nic nie wiedział. Dick zacisnął wargi. Brak poszlak nie był dobrym powodem do marnowania paliwa na bezcelowym jeżdżeniu po mieście. Musiał się skupić. Gdzie w środku nocy mogłaby udać się młoda osoba, której właśnie co zginęła matka?

Spiął się cały, kiedy mijał kolejny kompleks opuszczonych magazynów. Ciasne, brudne uliczki, zabudowane z obu stron wysokimi, rdzewiejącymi blaszakami były wręcz klaustrofobiczne. Idealne miejsce na zasadzkę. 

Taką, jaką zastawiono na Hanka i Dawn rok temu.

Tamtej nocy jak zwykle patrolowali miasto. Natknęli się na handel narkotykami. Hank po fali sukcesów źle ocenił niebezpieczeństwo. Przerażona Dawn rzuciła się na pomoc, ale zdjęła tylko dwóch zbirów, nim sama oberwała. Udało jej się ukryć na tyle długo, by zadzwonić do Dicka.

Kiedy Batman i Robin dotarli na miejsce, Dove leżała w kałuży, z rękami zaciśniętymi wokół podciętej szyi. Dilerzy w tym czasie podwiesili Hawka na haku do góry nogami i okładali go kijami niczym piniatę. Zanim uciekli, władowali jeszcze w niego cały magazynek. 

Ona z miejsca zdarzenia pojechała od razu do kostnicy. On umarł kilka dni później w szpitalu. 

Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, aż pobielały mu knykcie. Gdyby tylko był tam wtedy z nimi…ƒ Może udałoby się stłuc tych zbirów na kwaśne jabłko. Może uratowałby Dove. Może w ogóle odwiódłby Hawka od atakowania uzbrojonej po zęby grupy dilerów. Ale nie było go. On w tym czasie plotkował z elitą Gotham na jakimś kolejnym bezużytecznym balu charytatywnym.

Na pogrzebie nie mógł spojrzeć w oczy matce Dawn. Po ceremonii od razu wrócił do rezydencji, spakował swój niewielki dobytek, pożegnał się z Alfredem i złożył strój Robina na mahoniowym biurku Bruce’a. 

„Nigdy nie powinienem był decydować się na dzieci”.

Przynajmniej w tej kwestii się zgadzali. 

Z ponurych rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu. Na ekranie multimedialnym samochodu wyświetlił się zapisany numer. Przesunął palcem zieloną słuchawkę.

– Grayson, słucham. 

– Cześć, Dick. Ja w sprawie tej młodej…ƒ – odezwał się Perez po drugiej stronie. 

– Mamy coś?

– Tak. Ktoś zadzwonił, że widział przerażoną nastolatkę błąkającą się w okolicy Handy Park. 

Dick zmarszczył brwi. Rachel uczęszczała do liceum imienia Benjamina Franklina, gdzieś właśnie w tamtych okolicach. Pewnie szukała miejsca, w którym czuła się bezpiecznie. Mało prawdopodobne, ale możliwe, że pierwsze, co przyszło jej do głowy, to liceum.

– Myślisz, że to nasza zguba? 

– Z opisu pasuje. Zabrali ją do Garden City Hospital. 

– Dzięki za informację. Zaraz tam będę. – Nim rozmówca zdążył dodać coś więcej, Dick się rozłączył. Wcisnął pedał gazu i pomknął przed siebie.

Może to, co robił, nie miało sensu. Dziewczyna sporo przeszła. Pewnie niczego konkretnego z niej nie wyciągnie. Mimo to czuł, że musi się z nią zobaczyć jeszcze tej nocy. Coś w tej sprawie okrutnie mu śmierdziało. 

Za dwadzieścia trzecia Dick przekroczył próg szpitala ogólnego. Zdawkowe błyśnięcie odznaką później miał już potwierdzenie: Rachel Wolfman, lat siedemnaście, oddział psychologi dziecięcej. Znaleźli ją skuloną w zaułku. Oprócz nielicznych zadrapań nie odniosła fizycznych obrażeń. Nie odezwała się słowem do nikogo.

Dick uśmiechnął się w podziękowaniu do recepcjonistki i już miał odejść, kiedy jego wzrok przykuła kobieta. Stała po drugiej stronie półokrągłej recepcji i nachylała się do pielęgniarza. Marszczyła brwi i szeptała coś niespokojnie. Trzymała go uporczywie za ramię. Do uszu Graysona doleciało jedno krótkie słowo.

Rachel.

– Przepraszam… – odezwał się, podchodząc bliżej. 

Kobieta natychmiast puściła rękę pielęgniarza. Ten, korzystając z okazji, szybko wycofał się do swoich obowiązków.

– Tak? – odchrząknęła. Poprawiła wyprasowany w kant żakiet i poczęstowała detektywa uśmiechem z tego rodzaju, który sugerował, co złego może stać się z człowiekiem, jeśli natychmiast nie zajmie się swoimi sprawami.

– Detektyw Richard Grayson, departament policji w Detroit. – Machnął od niechcenia oznaką i wyciągnął rękę. – Możemy porozmawiać?

Wymienili uściski dłoni. Uwadze mężczyzny nie uszedł niewielki tatuaż w kształcie ptaka, umiejscowiony na nadgarstku. Rysunek był jednak zbyt mały, by Dick mógł dojrzeć coś więcej.

– Chętnie, ale nie za bardzo wiem, o czym.

– Czy zna może pani osobę o imieniu Rachel, która przebywa w tym szpitalu? – Przyglądał się jej uważnie. 

– Rachel? – Jej spojrzenie było rozbiegane, jak gdyby szukała ucieczki z całej sytuacji. – Nie, raczej nie… Nie przypominam sobie nikogo takiego.

– W takim razie co pani tutaj robi?

– To wolny kraj, chyba wolno mi przebywać w szpitalu – powiedziała ostro. Po chwili jednak odetchnęła. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech. – Nieładnie jest podsłuchiwać. Przyszłam odwiedzić doktor Raquel. Byłyśmy umówione. – Wzruszyła ramionami. Odgarnęła grzywkę opadającą na oczy. Zerknęła na zegar ścienny. – A teraz, jeśli pan pozwoli, spieszę się. 

Dick chciał już coś powiedzieć, ale kobieta szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Oparty o blat przyglądał się, jak opuszcza budynek szpitala. 

Gdy tylko zamknęły się za nią rozsuwane drzwi, sięgnęła po telefon. Przyłożyła słuchawkę do ucha. Zniknęła w mroku, machając na taksówkę.

Dick przetarł twarz. Zjebał sprawę. Nie powinien pozwolić jej tak po prostu odejść. Zjebał w ogóle całe to przepytywanie. Na pewno zaczął za ostro i tym ją przestraszył. Może i był świetny w rozwiązywaniu zagadek, ale w kwestiach przesłuchań jeszcze sporo musiał się nauczyć. Czasem żałował, że nie mógł rozdać kilku prawych sierpowych komu trzeba. Pod tym względem pracowanie z Batmanem było zdecydowanie prostsze. 

Mężczyzna odepchnął się od recepcji i ruszył w stronę windy. Znając życie, to głupie potknięcie będzie sobie wypominał przez następne pięć lat. A na razie musiał w końcu dostać się do Rachel.
Edytowane przez For dnia 2022-11-18, 19:44

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Przerwa techniczna xD
4. Przesłuchanie

– Coraz ciekawsze przypadki ściągasz mi na głowę, Grayson. – Charlie z kwaśnym uśmiechem na ustach przywitał detektywa w drzwiach. – Jeszcze trochę i zrobię sobie jakieś bingo ze wszystkimi dziwacznymi śmierciami, które ci się trafiają. – Gestem zaprosił detektywa do prosektorium. 

– Schlebiasz mi. – Richard wyminął koronera i wszedł do środka. 

Nie przepadał za tym miejscem. Prosektorium kojarzyło mu się z salą operacyjną, z której żaden pacjent nie miał szans wyjść żywy. Pomieszczenie było wysterylizowane. Mimo to czuł w nim śmierć. I te rzędy metalowych drzwiczek, za którymi leżały zwłoki… Atmosfery nie poprawiały łagodne światło lamp czy koszulka Charliego zdobiona we wzorek uśmiechniętych bananów.

– Przesłuchałeś już dziewczynę? – zagaił uprzejmie patomorfolog. Zarzucił na grzbiet kitel, naciągnął gumowe jednorazowe rękawice i sięgnął do pierwszych drzwiczek po lewej stronie. Przed Graysonem pojawił się wysuwany metalowy stół, a na nim trup. 

– Lekarka prowadząca nie dała mi się do niej zbliżyć. Dzisiaj po południu mam wizytę. – Dick walczył ze sobą, by się nie skrzywić. Zapadnięta, blada skóra, przerażenie na twarzy… – Co mi jesteś w stanie o nim powiedzieć? – Wbił spojrzenie w lekarza. 

– Tyle, że takiej zagwozdzki to mi do tej pory nie zafundowałeś. – Charlie ku obrzydzeniu detektywa chwycił twarz denata. Uniósł mu powieki. – Miał czterdzieści, maksymalnie czterdzieści dwa lata. Oczywiście żadnych dowodów, jego odcisków nie ma w bazie i tak dalej. Facetowi wybuchł każdy organ w środku, nawet kości nie dały rady. Zrobił się z niego worek ze skóry wypełniony krwią. Myślałem na początku, że to broń soniczna, ale wtedy straciłby też oczy i jaja, a te są nieruszone. 

– No i skąd nastolatka miałaby wziąć taką technologię… – dodał pod nosem detektyw. – Jakieś inne podejrzenia?

– Nie bardzo. Jedyne, co mogę zasugerować, to żebyś przejrzał listę ostatnio złapanych superzłoli, może któryś ma tego typu moce. – Charlie wzruszył ramionami. – A, właśnie. Jest jeszcze tatuaż.

– Tatuaż?

Patomorfolog nie odpowiedział, tylko chwycił zwłoki jedną dłonią za głowę, a drugą za ramię. Obrócił trupa na prawy bok. Na lewej łopatce złowrogo łypał na mężczyzn czarny kruk. Wyciągnięte szpony gotowe były do ataku. 

Dicka zamurowało. 

Kobieta ze szpitala. Miała tatuaż w takim samym kształcie, w takiej samej pozycji.

– Grzebałem trochę z ciekawości, ale nie znalazłem nic konkretnego na temat symboliki, wiesz, stara dobra zapowiedź śmierci i tak dalej. Nie mieliśmy tu też żadnych innych umarlaków z taką dziarą. – Charlie ostrożnie ustawił zwłoki w poprzedniej pozycji. Wsunął stół na miejsce i zatrzasnął drzwiczki. – I to w sumie tyle. Wybacz, że nie byłem w stanie bardziej pomóc. 

– Pomogłeś i to bardzo. – Dick potarł w zamyśleniu podbródek. Dopiero wtedy zauważył, że zapomniał się rano ogolić. – Dzięki. Dam ci znać, jak już przesłucham dziewczynę. 

Pożegnał się z lekarzem i w zamyśleniu opuścił prosektorium. Wbił ręce w kieszenie kurtki i ruszył przez parking w stronę porsche. Jego mózg pracował na wyższych obrotach. 

Wsiadł do samochodu i przez długą chwilę przyglądał się desce rozdzielczej. Teoria o sonicznej broni odpadła w przedbiegach. Ta o supermocach wydawała mu się mało prawdopodobna, ale może Charlie miał rację. Może pojawił się jakiś złoczyńca, który potrafił sprawić, ze ludzie implodowali. Czy tym kimś była Rachel? 

Według świadków w domu mieli znajdować się tylko ona, jej matka i teraz już martwy napastnik. Ktoś o nieludzkich zdolnościach mógłby się teleportować do środka, ale dlaczego pozwoliłby uciec dziewczynie? Dick powinien poprosić komisarza, żeby wysłał ekipę od magicznego skanowania miejsc zbrodni. Oni byliby w stanie potwierdzić lub obalić teorię z teleportacją. Musiał tylko napisać bardzo przekonujące podanie. 

No i najważniejsza kwestia – tatuaż. W normalnych warunkach można go było uznać za popularny wzór, ale identyczny rysunek na dwóch osobach powiązanych z tą samą sprawą był już podejrzany. 

W głowie detektywa rozdzwoniły się wszystkie alarmy. Zacisnął dłonie na kierownicy i zmarszczył brwi. Dwójka ludzi, jeden martwy facet i druga bardzo żywa kobieta. Jedno zaatakowało rodzinę Rachel, a drugie chciało uzyskać na jej temat informacje. Ten sam tatuaż, ale co oznaczał? Byli członkami jakiejś sekty albo gangu? Richard przewertował w myślach każdą podejrzaną organizację, jaką znał, ale kruk nigdzie nie pasował. Może na ulicach Detroit zalęgło się nowe niebezpieczeństwo, o którym do tej pory policja nie miała pojęcia. Rodzina Wolfman mogła należeć do czegoś nielegalnego. Może wydarzyło się coś, po czym konieczne stało się doniesienie na grupę. A jak wiadomo, przestępczy półświatek nie ma litości dla donosicieli. Tylko w takim razie dlaczego pozwolili Rachel uciec?

Dick zachłysnął się powietrzem. Nie pozwolili jej uciec. Rachel jakimś cudem udało się uniknąć śmierci. Może ktoś popełnił błąd. Dziewczyna uciekła. Ta kobieta w szpitalu miała posprzątać bałagan. 

A jeśli jego podejrzenia były słuszne, to Rachel wciąż była w niebezpieczeństwie.

 

***

 

Rachel przyglądała się ukradkiem pielęgniarce. Podchodząca pod pięćdziesiątkę kobieta założyła na haczyk worek z przezroczystą substancją i odkręciła zawór. Płyn zaczął sączyć się w stronę wenflonu, który wbito Rachel w lewą rękę. Dziewczyna usilnie omijała wzrokiem to miejsce; na samą myśl o kilkucentymetrowej igle wkłutej w żyłę robiło jej się niedobrze..

Pielęgniarka posłała dziewczynie przyjazny uśmiech, zostawiła kubek z wodą na szafce obok łóżka i podeszła do okna, by odsunąć roletę. 

– Za niedługo przyjdzie do ciebie ktoś z policji – oznajmiła. – Na moje oko to powinni z tym jeszcze trochę poczekać, ale jeśli lekarz wydał takie pozwolenie, to co będę dyskutować – dodała ni to do siebie, ni do dziewczyny. 

Pielęgniarka wyszła, zostawiając Rachel sam na sam z przytłaczającymi myślami. Niepewność zjadała ją od środka i generowała ogrom czarnych scenariuszy. Nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Nie miała pojęcia, czy został jej ktokolwiek z rodziny. Nie znała nawet swojej biologicznej matki, która zostawiła ją, gdy była jeszcze mała. Czy trafi do domu dziecka? A może do więzienia? W końcu zabiła człowieka. 

Zacisnęła powieki i policzyła od dziesięciu w dół. Musiała się uspokoić. Rozproszyć myśli. 

Sięgnęła po pilot i włączyła niewielki telewizor wiszący w rogu pokoju. Przełączyła kanały kilkukrotnie. Zatrzymała się dopiero na popołudniowym wydaniu wiadomości. Czerwone, pogrubione słowo „krwi” przykuło jej uwagę.  

„Windsor: Otwarcie ośrodka leczenia uzależnień ufundowanego przez Kościół Krwi”. Zgromadzony tłum przed nowoczesną bryłą budynku, mównica naprzeciwko wejścia i wianuszek ważnych osobistości dookoła. Patos i rozdmuchiwanie podobnych wydarzeń odrzucał Rachel, ale tym razem coś powstrzymywało ją przed przełączeniem kanału. Chciała wysłuchać kobiety, która właśnie ustawiała odpowiednio mikrofon. 

– Moi drodzy – odezwała się mocnym, dźwięcznym głosem. – Fundamentem Kościoła Krwi jest pomoc bliźnim doznającym trudności i mierzącym się z niesprzyjającym im losem. – Uniosła rozłożoną dłoń. – Wspieramy biednych, potrzebujących i zagubionych. Jesteśmy ostoją dla ludzi, którzy zostali odrzuceni przez wszystkich. Chcemy zmieniać świat na lepsze, chronić go przed…

Drzwi otworzyły się z rozmachem.

Rachel aż podskoczyła. Odruchowo wyłączyła telewizor i wyprostowała się.

Młody mężczyzna zlustrował ją uważnie i zamknął za sobą drzwi. 

– Wybacz, nie chciałem cię wystraszyć.

Podszedł powoli, przyglądając się Rachel badawczo. Przysunął sobie krzesło do łóżka, zdjął skórzaną kurtkę i przewiesił ją przez oparcie.

Rachel próbowała zamaskować strach i niepewność, lecz nie mogła wytrzymać spojrzenia szatyna.

Zerkała przelotnie na jego twarz. Miała wrażenie, że gdzieś ją już widziała. 

– Detektyw Richard Grayson – przedstawił się spokojnym głosem. – Rachel Roth? – spytał i przekrzywił lekko głowę.

– Tak – mruknęła ledwo słyszalnie.

Chwyciła stojący obok kubek w obie dłonie i upiła łyk wody.

– Chciałem z tobą porozmawiać – podjął ostrożnie, nie spuszczając z niej wzroku. – Próbujemy ustalić, co zaszło w twoim domu.

Dziewczyna wciąż trzymała kubek, by zająć czymś drżące ręce. Pochyliła nieco głowę, zasłaniając twarz zmierzwionymi włosami.

– Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. I wiem, jak bolesne jest nawet o tym myśleć, jednak chciałbym cię prosić, byś pomogła mi odkryć prawdę – ważąc dokładnie każde słowo, wyciągnął z kieszeni kurtki niewielki notatnik i długopis. – Od zawsze mieszkałaś w tym domu? – spytał spokojnie. 

– Tak, odkąd pamiętam – odparła powoli.

Gdy Richard spuścił wzrok na notatnik, Rachel przyjrzała mu się uważniej. 

Nigdy nie była najlepsza w ocenianiu wieku po wyglądzie. Dałaby mu nie więcej niż trzydzieści lat, choć zmęczenie i kilkudniowy zarost mogły go nieco postarzać. Rachel nie dostrzegła też obrączki. 

Detektyw odruchowo przeczesał włosy, mierzwiąc je jeszcze bardziej.

– Zdarzyło się, by ktoś wam groził? Może to być cokolwiek, nawet coś pozornie bez znaczenia. 

Oderwał się od notatnika i ich spojrzenia spotkały się na sekundę. 

– Nie, nic się nie działo. – Uciekła wzrokiem na bok.

– Widziałem, że zdarzały się wezwania policji w nocy – rzucił i podrapał się po zarośniętej szczęce.

– To jeden z sąsiadów – zawahała się. – Bardzo ceni sobie ciszę w nocy – dodała, uważnie ważąc słowa. 

– A co mu ją zakłócało? – spytał z zaciekawieniem. 

– Bywa, że krzyczę przez sen – odparła niechętnie po chwili milczenia. – Taka moja natura. –

Uśmiechnęła się krzywo.

Detektyw nabrał oddechu, by coś powiedzieć, ale powstrzymał się. 

– Gdy wróciłaś do domu, włamywacz już w nim był?

– Tak – wydusiła.

W głowie zaczęła odtwarzać wspomnienie. Krok po kroku, obraz po obrazie. Weszła na werandę, odbicie ją ostrzegło, ale je zignorowała.

– Zanim weszłaś do środka, coś zwróciło twoją uwagę? Wydało się podejrzane? – ciągnął.

– Nie, wszystko wyglądało normalnie – odparła.

Gdyby powiedziała mu o demonicznym odbiciu, czy od razu wysłałby ją do szpitala psychiatrycznego? Może ściągnąłby egzorcystę? Albo uznałby, że bredzi po doznanym szoku?

– Rozpoznałaś włamywacza? 

Pokręciła głową. Gardło zaciskało się coraz bardziej i miała wrażenie, że jeszcze trochę, a zacznie się dusić.

– Mogłabyś mi odpowiedzieć, co działo się potem? – spytał i pochylił się nieco, by móc spojrzeć na jej twarz.

– Przystawił jej pistolet do głowy – wydusiła drżącym głosem. 

Tama błogiego spokoju zbudowana ze środków uspokajających zaczynała powoli pękać. Obraz przerażonej matki. Strach paraliżujący nastolatkę.

Zacisnęła mocniej palce na kubku. Dolna warga zaczęła delikatnie drgać. Przygryzła ją i spróbowała wziąć głęboki wdech nosem. Gardło zwęziło się jeszcze bardziej. Przeszył ją lęk, że zaraz stanie się trzecią ofiarą.

– Hej, popatrz na mnie. – Dick zareagował błyskawicznie, ale ze spokojem. – Jeśli nie jesteś gotowa, nie musisz mi o tym opowiadać – zapewnił i wyciągnął ręce przed siebie w pokojowym geście. 

– On zabił ją – wydukała między urywanymi oddechami. – A potem…potem… – Wciągnęła głośno powietrze. – On był… martwy – wyrzuciła na wydechu z wielkim wysiłkiem.

Wspomnienia uderzyły w nią z pełną mocą. Dopiero po chwili dotarł do niej sens wypowiedzianych właśnie słów. 

Mocno zacisnęła powieki i dłonie. Kubek w sekundę rozprysł się we wszystkie strony. Oboje gwałtownie odchylili się do tyłu. 

– P-P-Prze-Przepraszam – wydukała, kuląc się.

– Nic się nie stało – odparł, strzepnąwszy z koszuli fragmenty szkła.

Rachel podciągnęła kolana pod brodę, przez co odłamki posypały się na podłogę. Wczepiła palce w nogi i wymamrotała coś pod nosem.

Dick pochylił się, by zobaczyć jej twarz spomiędzy włosów.

– Nie wiem, jak to się stało – wyrzucała z siebie zduszonym głosem. – Wystraszyłam się, jakbym zemdlała, w jednej chwili on stał, a potem osunął się na ziemię razem z nią, a ja się nawet nie ruszyłam – bełkotała, cała rozedrgana.

Myśli Rachel pędziły jeszcze szybciej niż słowa, które z siebie wyrzuciła. Sama już nie wiedziała, co było prawdą, a co urojeniami. Demon podpowiedział jej, by zabić mordercę. 

I zabiła.

Nie miała pojęcia jak, ale to zrobiła. Zło siedzące w niej znalazło ujście, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Teraz, gdy stała się zagrożeniem dla innych, poczuła się zupełnie zagubiona.

– Miałam tylko ją – wyszeptała. Ukryła twarz w dłoniach, rozcierając mokre ślady łez. – Zostałam sama. – Pociągnęłą nosem.

Włosy przysłaniały jej detektywa, ale i bez tego mogła powiedzieć, że nie wiedział, jak zareagować. Choć był zakłopotany, rozumiał ją. Czuła to.

– Wiem, jak to jest – zapewnił. – Z czasem będzie lepiej. 

Uniosła głowę i spojrzała na niego. Patrzyli sobie chwilę w oczy, po czym Richard posłał jej słaby, pokrzepiający uśmiech. 

Napisał coś szybko w notatniku i wyrwał stronę. 

– To mój numer, gdyby coś ci się przypomniało. – Podał jej kartkę.

Sięgnęła po nią niepewnie. Ręce jej lekko drżały, a przez zaszklone oczy wszystko było nieco rozmazane.
 

Chwyciła kartkę, przypadkiem dotykając jego dłoni. 

Błysk. Echa dźwięków. Przebitki obrazów. Krzyki, łzy, kolorowe światła. 

Przeszył ją ból straty. Podobny do tego, który sama odczuwała. 

Otwarła szeroko oczy. Siedziała niemal na krawędzi łóżka, ciężko oddychając. Co się właśnie stało?

Spojrzała na detektywa. 

Tak jak zazwyczaj nie miała problemu z odczytywaniem emocji innych, tak z jego twarzy nie mogła nic wywnioskować.

Skuliła się ze strachu.

Richard wstał gwałtownie, szurając przy tym krzesłem. 

– Na pewno przyjdzie do ciebie pracownik socjalny – poinformował formalnym tonem, narzucając na siebie kurtkę. – Ktoś się tobą zajmie, nie martw się. 

Odstawił krzesło pod ścianę, posłał jej przelotne spojrzenie i wyszedł. 

Rachel miała dużo czasu, by próbować zrozumieć. Czy miała halucynacje? Wstrząśnienie mózgu? Albo kompletnie traciła rozum? Może zszargane nerwy mieszały jej zmysły, by poradzić sobie ze stratą? Jednak nie było to wyłącznie w jej głowie. Detektyw poczuł to samo, co ona; widziała to w jego zaskoczonych, ciemnobrązowych oczach.

Więc czym było to coś?

***

 

Przetarł zmęczone oczy. Oparcie krzesła skrzypnęło, kiedy odchylił się do tyłu. Zegarek w telefonie wskazywał grubo po pierwszej. Zrezygnowany Dick ziewnął i przeleciał jeszcze raz wzrokiem treść pisanego od kilku godzin maila. W końcu mruknął coś pod nosem i kliknął “wyślij”. Nienawidził papierkowej roboty.

Jeszcze nigdy się tak nie postarał, jak przy tworzeniu tego podania. Zebrał, uporządkował i dołączył wszystkie możliwe dowody, jakie tylko miał. Jeśli przełożonemu to nie wystarczy, będzie musiał poszukać pomocy na własną rękę. Nie znał co prawda zbyt dużej ilości istot nadnaturalnych, które wiedziały cokolwiek o policyjnej robocie, a jednocześnie nie pracowały dla Ligii, ale ktoś na pewno by się znalazł. Najwyżej poprosi Batmana o pomoc.

Uśmiechnął się kwaśno. Prędzej świat stanie w płomieniach, niż poprosi go o cokolwiek.

Wstał od komputera i przeciągnął się. Coś chrupnęło mu w kręgosłupie. Idąc w stronę aneksu kuchennego, walnął stopą w czekający od roku na rozpakowanie karton. Dick zdecydowanie powinien tu posprzątać. 

Ominął wzrokiem zawalony naczyniami zlewozmywak i sięgnął do lodówki po puszkę korzennego piwa. Nie przepadał za alkoholem, ale szybciej po nim zasypiał. A po ostatnich nieprzespanych nocach bardzo potrzebował snu. 

Oparł się o blat kuchenny. Nie zdążył nawet otworzyć puszki, kiedy rozdzwonił się telefon. Natychmiast ruszył w stronę biurka, przy okazji odstawiając napój na stolik do kawy w części wypoczynkowej.

– Halo? – Resztkami silnej woli zdusił ziewnięcie.

– Detektyw Grayson? Tu Renee Montoya – usłyszał w słuchawce. – Dostałam rozkaz, by raportować panu wszystkie osoby, które będą chciały odwiedzić podejrzaną.

– A, tak. – Dick potarł czoło. Renee. Ta nowa, której wcisnęli pilnowanie sali szpitalnej Rachel. – I jak?

– Jakieś dziesięć minut temu mężczyzna, który przedstawił się jako Robert Lee, próbował się do niej dostać. Tłumaczył, że jest przedstawicielem prawnym Związku Domów dla Sierot. Chciał z nią rozmawiać o, cytuję: “kilku pilnych formalnych sprawach”.

Zmarszczył brwi.

– O wpół do drugiej w nocy?

– Rzecz jasna nie dopuściłam go do podejrzanej. Odgrażał się, że wróci jutro z nakazem, ale nie doprecyzował, jakim konkretnie. – Renee brzmiała na równie zmęczoną, co Grayson. 

– Dzięki za informację, dobra robota. Wiszę ci jutro kawę. – Rozłączył się i rzucił telefon na kanapę, na której sam wylądował chwilę później. Otworzył puszkę i pociągnął łyk piwa. 

Cała ta sprawa robiła się dziwniejsza z minuty na minutę. Najpierw ta kobieta w szpitalu, teraz jakiś prawnik… Ktokolwiek chciał dorwać dziewczynę, ewidentnie tracił cierpliwość. A to oznaczało, że mógł posunąć się do bardziej drastycznych środków. 

Rachel wciąż groziło niebezpieczeństwo. 

Pociągnął kolejny łyk. Dlaczego tym ludziom tak bardzo na niej zależało? Jasne, była niedoszłą ofiarą morderstwa i najważniejszym świadkiem. Nie znała jednak napastnika i jej zeznania, szczerze mówiąc, nie wniosły za dużo do sprawy. Ktoś jednak dwoił się i troił, by się do niej dostać. Chcieli ją przesłuchać, sprzątnąć, czy może chodziło o coś innego?

Dick w zamyśleniu potarł miejsce, które wcześniej tej nocy dotknęła Rachel. Przypomniał sobie mieszankę emocji i obrazów, która go wtedy zalała. To było dziwne. Na początku myślał, że to wszystko mu się przywidziało – jego rodzice również zmarli na jego oczach, był empatycznym gościem, widok dziewczyny, która przeżyła to samo, co on, mógł uruchomić wypierane wspomnienia. Teraz jednak przywołał w pamięci całą scenę. Zmarszczył brwi. Może młoda jednak była w jakiś sposób magiczna? Jeśli miała moc, zwłaszcza taką, która działa pod wpływem silnych emocji, mogła na niego wpłynąć. Mogła też zabić napastnika, nie zdając sobie z tego sprawy. Zwykła reakcja obronna organizmu. 

Dick wsunął rękę pod głowę i wbił wzrok w sufit. Teoria z magią wyjaśniała sporo, ale nie rozwiązywała całej zagadki. A jeśli nawet młoda posiadała jakąś moc, raczej nie zdawała sobie z niej sprawy. 

Ziewnął i obrócił się na bok. Zasnął, wciąż myśląc o Rachel.

5. Pytania

– Nie dają ci dzisiaj spokoju, słoneczko – rzuciła na wejściu pielęgniarka. 

Otwarła drzwi na całą szerokość i odeszła na bok, by wpuścić do środka młodą blondynkę w okularach.

Rachel poruszyła się niespokojnie i zlustrowała pobieżnie kobietę.

– Spokojnie, przybywam w pokoju. – Uśmiechnęła się ciepło i uniosła dłoń z uformowaną przerwą między palcem środkowym a serdecznym. – Harleen Quinzel, jestem psycholożką dziecięcą i zostałam wysłana z ramienia pomocy społecznej. Lekarz wydał pozwolenie, ale przede wszystkim chciałam wiedzieć, czy ty jesteś gotowa na rozmowę?

Rachel kiwnęła powoli głową i przełknęła ciężko ślinę. 

Kobieta przysunęła sobie krzesło, które detektyw odstawił dzień wcześniej niedbale pod ścianę. Wyciągnęła ze skórzanej aktówki podkładkę oraz kilka kartek i przypięła je. Odrzuciła do tyłu długie włosy, założyła nogę na nogę i z lekkim uśmiechem spojrzała na dziewczynę. 

Rachel spuściła wzrok. Westchnęła ciężko i podciągnęła kolana do klatki piersiowej. 

– Zacznijmy od formalności – psycholożka podjęła spokojnym głosem. – Nikt ich nie lubi, ale zadowalają urzędników, a im też się coś od życia należy. – Pstryknęła długopisem. – Nazywasz się Rachel Roth, tak?

Dziewczyna ponownie tylko skinęła głową. Pomimo że kobieta wyglądała przyjaźnie i wyraźnie starała się wzbudzić zaufanie, to coś sprawiało, że Rachel poczuła do niej niechęć. Idealnie wyprasowany żakiet, zadbane paznokcie, nienaganny makijaż i ten uśmiech. Wszystko wydawało się sztuczne, wymuszone. Psycholożka nie chciała dać po sobie poznać, że wolałaby być gdzieś indziej. Rachel intuicyjnie to wyczuwała.

– Do jakiej szkoły chodzisz? 

– Publiczne Liceum imienia Edisona – odparła bardzo cicho.

– Lubisz się uczyć? – Kobieta podniosła zaciekawiony wzrok. – Masz jakiś ulubiony przedmiot?

– Historię – powiedziała nieco głośniej.

– Macie w szkole jakieś koło związane z tym przedmiotem? Zawsze to inaczej spotkać się z ludźmi i podyskutować o ciekawych tematach, niż tylko słuchać nauczyciela. – Poprawiła mankiet koszuli i pochyliła się lekko. 

– Nie, wolę sama się uczyć – odrzekła zgodnie z prawdą. 

Większość czasu spędzała w samotności. Nieśmiałość, trudności w nawiązywaniu kontaktów i łatka dziwaczki, którą otrzymała już na początku nauczania utrudniały nawiązywanie znajomości. Ludzie trzymali się od niej z daleka, jednak niespecjalnie jej to przeszkadzało. Tak było bezpieczniej. 

Dla nich samych.

– Wolny czas też wolisz spędzać sama? 

Kiwnęła głową. Nie była pewna, po co te wszystkie pytania. Obie wiedziały, jaki był cel tej rozmowy. Decyzja, co dalej z Rachel.

– Przebywanie samemu ma swoje zalety – podchwyciła. – Można zgłębić swoje wnętrze, dowiedzieć się więcej o sobie samym, w dzisiejszym świecie czasami ciężko o taką chwilę refleksji.

Rachel mruknęła potakująco, choć się nie zgadzała. Izolowała się od ludzi, by ich chronić przed tym, czym była. Nigdy nie była tak naprawdę sama. Zawsze towarzyszył jej Demon. Jego szepty odbijały się echem w głowie, a gdy tylko miał okazję, nawiedzał ją w odbiciu lub we śnie. Nie miała chwili spokoju i ciszy na refleksje.

– Mieszkałyście tylko we dwójkę? – spytała psycholożka po chwili namysłu. 

– Tak – odparła Rachel zdławionym głosem.

Harleen przerzuciła zapisane kartki.

– Znasz innych członków rodziny?

– Nie. 

– Okej, nic nie szkodzi. A wiesz może cokolwiek o biologicznej matce? – spytała łagodnie i nieznacznie przekrzywiła głowę. – Jeśli nie, to też w porządku – zapewniła spokojnie.

– Nie, nie rozmawiałyśmy o niej… – Miętosząc nerwowo kołdrę Rachel, przeniosła nieco spłoszone spojrzenie na podkładkę, na której kobieta notowała odpowiedzi. 

– Może wyjaśnię, po co to wszystko, żebyś nie musiała snuć domysłów. – Harleen podłapała jej spojrzenie i wyprostowała się na krześle. – Chcemy znaleźć najlepsze rozwiązanie dla ciebie, stąd musimy dobrze zorientować się w sytuacji. Oczywiście nic nie szkodzi, że nie znasz innych członków rodziny, od tego jesteśmy, by się tym zająć.

Rachel mruknęła niewyraźnie, że rozumie i rozluźniła dłonie wczepione w materiał. 

– Widziałam, że zdarzały się wezwania policji do waszego domu – podjęła psycholożka po odchrząknięciu.

– Sąsiedzi – mruknęła. – Okolica jest cicha i wszystko się niesie – odpowiedziała powoli. – Zwłaszcza nocą – dodała po chwili namysłu.

Nie wiedziała, ile mogła powiedzieć tej kobiecie. Bała się, że jedno słowo za dużo i uznają ją za wariatkę. 

– Rachel? – Kobieta pochyliła się do przodu, by spojrzeć na twarz dziewczyny. – Gdzie tak wędrujesz myślami? 

– Zamyśliłam się – mruknęła i lekko potrząsnęła głową. – Jakie było pytanie?

– Co zakłócało ciszę, zwłaszcza nocą? – powtórzyła spokojnie.

Rachel czuła się niekomfortowo pod uważnym spojrzeniem psycholożki. Miała wrażenie, że kobieta sięgała nim w głąb jej myśli, analizowała emocje i przeszukiwała wspomnienia.

– Czasami krzyczę przez sen – powiedziała i uniosła wzrok na ekrany wyświetlające jej funkcje życiowe.

Zielona, załamana linia przemknęła przez wyświetlacz i zniknęła. Powierzchnia stała się czarna.

Błysnęły w niej czerwone oczy i szyderczy uśmiech.

Rachel wzdrygnęła się. 

Szybko odwróciła spojrzenie, ale kobiecie nie umknęła ta reakcja. Podążyła za wzrokiem dziewczyny, po czym obróciła się i przyjrzała jej badawczo. Zanotowała coś i poprawiła okulary.

– Miewasz koszmary?

Rachel kiwnęła głową. Znała następne pytanie i już wiedziała, że nie będzie mogła powiedzieć prawdy. A co, jeśli kobieta pozna, że kłamie? A może już znała odpowiedź? Doznała wrażenia, że psycholożka wygrzebała informację z jej umysłu.

– Czasami. – Przełknęła rosnącą gulę w gardle. 

– A gdybyś miała określić, od kiedy tak się dzieje?

Wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Bała się o tym mówić. Czy ktokolwiek w ogóle by jej uwierzył? Czy spróbowałby zrozumieć?

Te sny napawały ją lękiem. Nie pojmowała ich znaczenia ani źródła. Budziła się z krzykiem w środku nocy, zlana potem. Nie dawały spać zarówno Rachel, jak i matce. Dziewczyna wiedziała, że Mary każdej nocy odmawiała modlitwę do Michała Archanioła. Zawsze zostawiała na szafce nocnej stary, zatarty już medalik i wyblakły różaniec. Rachel wyobrażała sobie, jak matka patrzyła z niepokojem na drzwi sypialni, gdy w pokoju córki rozlegały się głosy. Nigdy nie wspomniała – zresztą nie musiała – że zło, które czaiło się w dziewczynie, w nocy znajdowało ujście i formowało się w namacalne byty. To dlatego Rachel zawsze spała przy zapalonym świetle, a na jej prośbę Mary zamykała także drzwi na klucz. – Teraz tym bardziej nie dadzą mi spokoju – wypaliła nagle. 

Przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała jeszcze cofnąć wypowiedzenie myśli na głos. Za późno.

– Co dokładnie przez to rozumiesz? – podłapała psycholożka i wyprostowała się, uważnie obserwując Rachel. 

Dziewczyna zawahała się. Nie czuła więzi z tą kobietą. Detektyw, choć znacznie mniej delikatny i ostrożny w obchodzeniu się z nią, wzbudził zaufanie. Nie podchodził do niej jak do kolejnego przypadku do odhaczenia z listy. Wiedziała, że ją rozumiał. 

Harleen miała tylko wiedzę teoretyczną. 

Łzy napłynęły Rachel do oczu. Oddech pogłębił się. 

– Już nigdy nie odzobaczę jej śmieci, będzie mnie prześladować w każdej chwili – wyrzuciła Rachel na jednym wdechu.

– Nie musisz o tym mówić, jeśli nie jesteś gotowa – zapewniła kobieta i pochyliła się w jej stronę. – Zaopiekujemy się tobą.

Rachel skuliła się i ukryła twarz, po której zaczęły spływać łzy. 

– Żałoba po tak ważnej osobie jest ciężkim przeżyciem, ale pozwala na pogodzenie się ze stratą – tłumaczyła kobieta współczującym głosem. – Początkowo możesz nie dowierzać, wściekać się na wszystko i wszystkich, może dopadać cię zupełna rezygnacja i rozpacz, ale to jest naturalne i masz prawo do wszelkich uczuć. Nie jesteś z tym sama. 

– J-jes-tem niebezpieczna – wydukała między urywanymi oddechami Rachel. 

Pościel, w którą się wtulała, musiała zagłuszyć jej słowa, bo psycholożka nachyliła się bardziej i poprosiła, by dziewczyna powtórzyła. Rachel pokręciła głową, objęła mocniej nogi i nie odezwała się. 

– Jesteś w niebezpieczeństwie? – dopytała kobieta. 

Rachel znowu pokręciła głową. 

– W porządku, nie będę cię już męczyć – oznajmiła przyjaźnie. – Bardzo dobrze sobie poradziłaś, takie rozmowy są trudne i jestem dumna z każdego słowa, które mi dzisiaj przekazałaś. 

Ciało Rachel drgało nieznacznie, oddech nieco się uspokoił. Przestała słuchać kobiety. Nieważne, jakie miała intencje, demon podpowiadał, by nikomu nie ufać. I to jego głos odbijał się teraz w głowie Rachel. 

W pewnym momencie zorientowała się, że psycholożka wyszła. Nie wiedziała nawet kiedy. Czuła się kompletnie zagubiona. Choć wszystko dookoła było ciche i spokojne, w jej głowie panował chaos.

***

 

Dick z dokumentów dowiedział się, że Rachel została adoptowana przez Mary w klasztorze, w którym była zakonnicą. Kilka miesięcy później opuściła zgromadzenie. W internecie doszukał się informacji, że sam zakon został rozwiązany, a jego siedzibę sprzedano wyznawcom innej religii. Graysonowi udało się za to zdobyć adres zakonnicy, która była przełożoną w czasie posługi matki Rachel. 

Miriam Blake mieszkała na przedmieściach w małym, zadbanym domu. Już z daleka rzucał się w oczy wypielęgnowany ogródek. Róże wylewały się ponad białym płotem, zacieniając chodnik. Trochę się martwił, że porysują mu lakier samochodu, kiedy parkował przed budynkiem. Do drzwi prowadziła żwirowa ścieżka, która z trudem walczyła o miejsce pośród bujnych krzewów i mnóstwa kwiatów, których nazw nie znał. 

Miriam otworzyła drzwi, wycierając ręce w kuchenny fartuch. Była niska i pulchna. Kiedy usłyszała, w jakiej sprawie przyjechał, przeżegnała się.

– Biedna Mary…– wyszeptała. – Proszę, niech pan wejdzie. 

Dick znalazł się w niskim, słabo oświetlonym salonie. Meble były proste i funkcjonalne, a oprócz wiszących na ścianach dewocjonaliów detektyw nie dopatrzył się żadnych ozdób. Na niewielkim parapecie stała forma z apetycznie pachnącym ciastem. 

– Proszę usiąść. Napije się pan kawy? 

Pomimo wieku gospodyni była bardzo żywiołowa. Dreptała małymi krokami z zawrotną prędkością, znosząc na stolik kolejne przysmaki. Już po chwili oprócz parującej filiżanki przed Dickiem stanął talerzyk z kawałkiem jeszcze ciepłego ciasta, drugi spodek wypełniony owsianymi ciastkami, cukiernica i mlecznik. 

– Mary była taką dobrą kobietą… – Miriam zaczęła wywód, siadając na fotelu naprzeciwko detektywa. Kosmyk siwiejących włosów opadł na poprzecinaną zmarszczkami, zmęczoną twarz. Dłonie splotła na kolanach. Zawiesiła zamyślone spojrzenie gdzieś za ramieniem rozmówcy. – Przyszła do nas w dziewięćdziesiątym czwartym, zaraz po liceum. Czuła powołanie od maleńkości. Od razu wszystkie ją polubiłyśmy. Dla każdego zawsze znalazła dobre słowo, a przy tym była bardzo pomocna i sumienna. Jak zostałam przełożoną, a to w zimie było, to w ramach prezentu przyniosła mi bukiet czosnku, który sama wyhodowała, bo wie pan, w zakonie miałyśmy miejsce na warzywnik. Uwielbiała dzieci, mogłaby całe dnie przesiadywać z sierotami. Jak tylko trafiała do nas jakaś biedna duszyczka, to Mary pierwsza biegła przewijać pieluchy. – Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. 

– Rozumiem, że z Rachel było podobnie – zagadnął Grayson. Wyciągnął z kieszeni kurtki notes i długopis.

Zasępiła się. Rozmarzony wzrok powrócił do rzeczywistości. Zacisnęła dłonie tak, że aż pobielały jej knykcie. 

– Mała Rachel… to szczególny przypadek – mruknęła. – Jej biologiczna matka, Angela, przybyła do nas w zaawansowanej ciąży. Była niedożywiona, ktoś się nad nią znęcał, mówiła, że ucieka przed oprawcą. Twierdziła, że nie ma nikogo, do kogo może się zwrócić. Chciałyśmy ją odesłać, ale błagała nas, byśmy pozwoliły jej zostać. Nasz zakon był bardzo zamkniętą społecznością, ale co miałyśmy zrobić, ciężarnej przecież nie wyrzucę za próg. Zaopiekowałyśmy się nią, urodziła Rachel jakoś miesiąc po tym, jak do nas przyszła. To był bardzo szybki poród, nawet lekarz nie zdążył przyjechać, Mary go odbierała. Dwa tygodnie później Angela zniknęła.

Richard zatrzymał się w połowie notowania.

– To znaczy? – Zmarszczył brwi. Sięgnął po ciastko.

– Uciekła. Zostawiła nam Rachel i kartkę z prośbą, by się nią zaopiekować. – Miriam spuściła głowę. – Kilka miesięcy po ucieczce dowiedziałyśmy się, że zakatowano ją na śmierć.

– Bardzo mi przykro – wymamrotał Dick. Szybko zapisał informację. – Znała pani jej nazwisko?

– Niestety, tylko imię. Angela była bardzo skrytą osobą. Może obawiała się, że jej prześladowca ją odnajdzie. – Zaczęła bawić się dłońmi. – Patrząc na to, jak skończyła… – Potrząsnęła głową. – Czy może mi pan powiedzieć, jak umarła Mary? – Podniosła wzrok na detektywa.

Dick przez chwilę rozważał odpowiedź. 

– Próbujemy ustalić, co się dokładnie wydarzyło. Ktoś włamał się do domu. Mary… została zastrzelona – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa.

Zapadła cisza. 

– Wszystkie uważałyśmy, że źle skończy – wyznała w końcu przełożona. – Ale nie sądziłam, że stanie się to w ten sposób.

– Co ma pani na myśli? – Zmarszczył brwi. Słowa Miriam nie pasowały mu do wcześniejszych zachwytów nad ofiarą.

– Pewnie miał już pan okazję poznać Rachel. – Znów zacisnęła dłonie. – To bardzo… wyjątkowe dziecko. Na początku była grzeczna jak aniołek, dopiero kiedy jej matka zniknęła… – Oblizała spierzchnięte wargi. – Płakała całe dnie. Jej krzyki budziły pół zakonu w nocy. Było czuć w niej coś, jakby to określić… nieludzkiego. Kiedy człowiek dłużej patrzył w jej oczy, miał wrażenie, jakby tam w środku ktoś jeszcze był, ktoś obcy. Zdarzało się, że pękało przy niej szkło. – Potrząsnęła głową. Upiła łyk kawy. – Próbowałyśmy ją nawet raz egzorcyzmować, ale skończyło się tylko na kolejnej nocy pełnej wrzasków. 

Dick jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie notował.

– Zabrzmi to pewnie absurdalnie, ale bałyśmy się jej. Tylko Mary nie dostrzegała, że coś z tą dziewczyną jest nie tak. I tylko przy Mary Rachel się uspokajała. – Westchnęła. – Byłyśmy pewne, że ta mała doprowadzi ją do grobu.

Zapadło milczenie. Miriam powoli sączyła kawę, podczas gdy Dick przetrawiał jej słowa. W świetle nowych informacji, ta dziwna scena ze szpitala, którą wcześniej zrzucił na zmęczenie, zaczęła nabierać sensu. Jeśli w Rachel naprawdę siedziało coś nadnaturalnego, mógł to być powód, dla którego ludzie z tatuażami na nią polowali. Mogło to również wyjaśnić tajemniczą przyczynę zgonu napastnika. 

– Dlatego Mary odeszła z zakonu? – spytał w końcu.

Miriam kiwnęła głową.

– Nie mogła znieść tego, w jaki sposób reszta sióstr patrzyła na Rachel. Odeszła, gdy dziewczynka miała trzy, może cztery miesiące. – Postukała palcami o blat stołu. 

– Rozumiem. – Dick przeleciał wzrokiem sporządzone notatki. Jednym haustem wypił ostygłą już kawę. – Czy jest jeszcze coś, co mogłaby mi pani powiedzieć o Mary i Rachel? Czy może był ktoś, kto im groził? Albo kto o nie pytał?

– Nie wiem nic o żadnych groźbach. Odkąd odeszła, wymieniałyśmy ze sobą tylko kartki na święta. – Pokręciła głową. Zmarszczyła brwi. – Ale owszem, ktoś pytał mnie o Rachel. 

Richard podniósł głowę. Czyżby ludzie od tatuaży?

– Jakieś dwa czy trzy miesiące przed rozwiązaniem zakonu odwiedziła nas przemiła starsza para. Mówili, że są rodzicami Angeli i że dowiedzieli się o tym, że mają wnuczkę, którą bardzo chcieliby odnaleźć. Nie byłam im w stanie pomóc. Wszystkie dokumenty adopcyjne trafiły już wtedy do państwowego archiwum, a i Mary pewnie nie życzyłaby sobie, bym ujawniała jej miejsce zamieszkania. Odesłałam ich. Podziękowali za pomoc i więcej ich już nie zobaczyłam. – Wzruszyła ramionami. – Wydało mi się dziwne, że tak późno dowiedzieli się o Rachel. I że Angela nie zwróciła się do nich po pomoc. 

– Czy pamięta pani może… – Przekartkował notes. Wyciągnął z niego fotografię, zrobioną przez koronera, i podał ją kobiecie. – Czy któreś z nich miało taki tatuaż? Na przykład na nadgarstku albo w jakimś innym miejscu.

Zerknęła przelotnie na kruka z wyciągniętymi szponami. Pokręciła głową.

– Tatuaż? Nie. Ale tamta pani miała broszkę z podobnym motywem. Pamiętam, bo pękł zaczep i o mało nie utopiła jej w kawie. – Uśmiechnęła się. – Wyglądała na drogą, a okazało się, że bubel. 

– Może mi pani powiedzieć coś więcej? Co pani zapamiętała? 

– Cóż, jeśli chodzi o tamtych państwa, to byli bardzo mili i bardzo przeciętni. Oboje średniego wzrostu, on trochę łysiał i miał garbaty nos. Ona za to była bardzo elegancka, trochę aż do przesady. Ta broszka była złota, a ptak był opleciony wieńcem w kształcie litery S. Dopiero jak ten zaczep pękł i spadł, to się okazało, że to stal pomalowana na złoto. Nie przyjrzałam się, ale wydaje mi się, że kamyk w oku ptaka też był tylko kolorowym szkiełkiem. – W zamyśleniu postukała palcem o podbródek. 

Dick sięgnął po talerzyk z ciastem. Nie miał w zwyczaju obżerać się podczas służby, ale wypieki Miriam kusiły słodkim zapachem. Dawno nie miał okazji jeść domowych słodyczy. Woń drożdżowego ciasta boleśnie przypomniała mu o niedzielnych obiadach.

– Czy jest jeszcze coś, co byłaby mi pani w stanie powiedzieć? Jakikolwiek pozornie błahy szczegół może pomóc w sprawie. – Strzepnął okruszki na talerzyk. 

– Mogę panu pokazać zdjęcia z czasów posługi Mary i list, który zostawiła nam Angela – zaoferowała.

– Bardzo dziękuję. – Obdarował ją szerokim uśmiechem. 

Miriam wstała i podeszła do regału. Z najniższej szuflady wyciągnęła stare, lekko zakurzone pudełko po butach i sfatygowany segregator. Karton trafił na kolana detektywa. Kobieta tymczasem zaczęła wertować spięte kartki. 

Dick sięgnął do wypełnionego po brzegi kartonu. Uważnie obejrzał każde zdjęcie. Miriam chętnie służyła pomocą, kiedy o coś dopytywał. Zdjęcia były stare i wyblakłe, znalazło się nawet jedno czarno-białe, przedstawiające budowę zakonu. Na tych, na których pojawiała się Mary, towarzyszyła jej ciągle zmieniająca się gromadka dzieci. Mary w ogrodzie uprawiająca warzywa, Mary udzielająca lekcji sierotom, Mary podczas nabożeństwa… 

– To Rachel, kilka dni po porodzie. – Miriam stuknęła palcem w zdjęcie, na którym widniało malutkie dziecko owinięte pieluchami. – Pierwszy poród w naszym zakonie od siedemdziesiątego czwartego. Wtedy jeszcze była grzeczna. 

Dick zamyślił się. Dziecko na fotografii patrzyło bezrozumnie poza obiektyw, zapewne na osobę robiącą zdjęcie. Wyglądało zupełnie zwyczajnie. Upiorności dodawały mu prześwietlono na czerwone źrenice, ale taki był urok dawnych aparatów – każdy na zdjęciach wyglądał, jakby nawiedził go demon. 

– O, a to list, który zostawiła Angela. – Podała mu wymiętą, lekko pożółkłą kartkę. – Do dziś mam wyrzuty sumienia, że nie powiadomiłyśmy policji. Może to wszystko skończyłoby się inaczej…

Pismo biologicznej matki Rachel było pozbawione ozdobników. Lekko pochylone, niedokładne litery wskazywały na pośpiech osoby piszącej. W liście zawarła tylko krótką prośbę do zakonnic, by zaopiekowały się dziewczyną, i przeprosiny do samej Rachel. 

Miriam kiwnęła głową, gdy zapytał, czy może zabrać list ze sobą. Starannie złożył kartkę na pół i wsunął ją do kieszeni kurtki. Pochylił się nad stołem i znów zapatrzył się w zdjęcia, które rozłożył chronologicznie. 

Był już pewien, że z Rachel było coś nie tak – coś nadnaturalnego, magicznego, z czego dziewczyna mogła sobie nawet nie zdawać sprawy. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu polowali na nią ludzie z kruczym tatuażem. Czy to oni ścigali wcześniej także Angelę? Jeśli udałoby mu się dowiedzieć, co tak naprawdę odpowiadało za te wszystkie nienaturalne wydarzenia skupione wokół Rachel, może Dickowi udałoby się także rozwikłać, dlaczego wytatuowanym tak bardzo na niej zależy. 

– Czy ma pani jeszcze dostęp do budynku zakonu? – wypalił znienacka. 

– Nie, oddałam klucze podczas transakcji. – Pokręciła głową. – Jeśli mogę zapytać, dlaczego interesuje pana zakon?

– Pomyślałem, że mógłbym znaleźć tam jeszcze jakieś wskazówki dotyczące mordercy Mary lub samej Angeli. – Wykonał ręką nieokreślony gest w powietrzu. 

– Podejrzewam, że obecny właściciel już dawno posprzątał cele, w których mieszkały – zaczęła powoli Miriam. – Ale jeśli to panu pomoże, mogę zadzwonić i zapytać. Podczas transakcji nowy właściciel zapewniał mnie, że siostry zawsze są mile widziane na terenie zakonu. 

– Będę niezmiernie wdzięczny. Zwłaszcza jeśli zgodzi się pani również mi towarzyszyć. – Uśmiechnął się czarująco.

No bo co miał do stracenia? Dopóki podanie o oddział specjalny wciąż było rozpatrywane, nie miał nic lepszego do roboty. Równie dobrze mógł wybrać się na zwiedzanie starych zakonów.

W końcu Bruce często powtarzał, że nawet najbardziej niepozorny ślad może być tym, który przewróci sprawę do góry nogami.
Edytowane przez For dnia 2022-11-18, 19:45

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
W końcu nadrobiłam i chyba już ogarniam jaki jest podział na postaci Gwiazdka :D.
Szkoda, że nie można nakręcić tej wersji, bo i postaci ciekawsze i wszystko nie jest robione na szybko i pobieżnie. Widać trochę pomysłu, urealnienia i głębi.
Wiecie już, czy dziewczyny, zwłaszcza Harley, pojawiły się epizodycznie czy można jeszcze liczyć na ich wkład do fabuły?
Dzięki za komentarz Gwiazdka :D Wiedzieć wiemy, ale nie możemy wszystkiego od razu zdradzić Bestia ;)

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
For, nie kręć, niektóre części tego opka są tak samo niewiadome dla czytelników, jak i dla nas xD
Nie no spoko, jeśli pojawią się inne pomysły po drodze to można pisać alternatywną wersję lub kilka wersji, co jest dość popularne u twórców. I lepiej właśnie pisać powoli, a z głową niż tak jak w oryginale xD
Keep going

Połączony z 2022-08-29, 19:22:11:
A For stara się jedynie zachować pozory i waszą reputację xD
Edytowane przez Rachela2003 dnia 2022-08-29, 19:22
Dzień dobry!
Witamy się z Wami w tym pięknym dniu, niestety nie z rozdziałem, ale z notką informacyjną. Zapraszamy do zapoznania się z tym, co się wydarzyło, i z tym, co teraz czeka Rewritten.
Wydarzyło się tyle, że jakoś końcem lipca zgłosiłyśmy się z Rewritten do Wspólnymi Siłami po ocenę. I co zdumiało wszystkich zaangażowanych, nasze opko otrzymało ocenę -5. Ocena otworzyła nam oczy na kilka kwestii, podsunęła także kilka ciekawych pomysłów. Dlatego zdecydowałyśmy, że wrzesień i październik będą dla nas chwilową przerwą od pisania. To znaczy, że na blogu, Watt ani forum nic się w tym czasie rozdziałowego nie pojawi. Potrzebujemy tych dwóch miesięcy, żeby trochę przemodelować dotychczasowy plan fabularny, wprowadzić poprawki do istniejących rozdziałów, oraz napisać nowy rozdział pierwszy.
Z góry przepraszamy za taki przestój, ale jest on konieczny, by Rewritten mogło pewnego dnia dobrnąć do końca. Mamy nadzieję, że taki układ Wam pasuje Robin :).
A na ten moment dziękujemy za uwagę i wyrozumiałość, życzymy miłej jesieni i do zobaczenia w listopadzie!
For i Ravenna

Połączony z 2022-11-19, 11:33:29:
1. Rysa na szkle

Rachel zdjęła wysłużone glany i odstawiła je na ociekacz. O ile nie ubłociła podłogi, tak była przemoczona do tego stopnia, że dosłownie z niej kapało. Odgarnęła z twarzy posklejane włosy. Westchnęła głośno, zostawiając przy wejściu przetarty i ciężki od wsiąkniętej wody plecak.
– Nad czym tak ubolewasz, kochanie? – Dobiegł z kuchni głos matki.
– Jesień jest świetna, dopóki siedzisz w domu pod kocem – odparła, wchodząc do pomieszczenia. – I z dobrą książką. – Uniosła palec dla podkreślenia wagi tego stwierdzenia.
– Trudno się z tym nie zgodzić. – Mary stała przy kuchence. – A przy okazji książek, przeczytałam na dzienniku informację, że organizują w szkole kiermasz. – Zamieszała w garnku, nabrała jedzenie na łyżkę i spróbowała. – Jutro o szesnastej, może wybierzemy się razem? Kupimy podręczniki, a przy okazji może trafią się jakieś ciekawe pozycje, co ty na to?
Rachel wbiła wzrok w szklankę stojącą na odrapanym, solidnym stole. W miejscu, gdzie powinno być jej odbicie, pojawiły się przebłyski wspomnień z poprzednich dni. Choć rok szkolny dopiero się zaczął, rówieśnicy zdążyli znaleźć sobie ofiarę.
Rola ta przylgnęła do niej już na stałe. Dziewczyna robiła wszystko, by zniknąć prześladowcom z oczu. Starała się trzymać na uboczu, nie podlizywać nauczycielom i nie wchodzić w drogę popularnym uczniom. Choć przemykała po korytarzach jak cień, i tak byli w stanie ją dostrzec. Obrać za cel dosłownie i w przenośni. W poprzedniej szkole dogryzanie, nagrywanie, czy publiczne ośmieszanie było na porządku dziennym. Gdy zaczęła nosić słuchawki, by choć częściowo odciąć się od nieprzychylnych słów, znaleźli inny sposób – kartki podrzucane do plecaka, szafki, czy nawet podczas lekcji, prosto na jej ławkę.
– Rachel? Halo, ziemia do Rachel. – Mary przyglądała się córce z pobłażliwym uśmiechem.
– Zamyśliłam się, przepraszam. – Potrząsnęła głową, odpędzając nieprzyjemne obrazy. – Możemy pójść.
– Świetnie, cieszę się. – Chwyciła garnek i podeszła z nim do stołu. – Ale najpierw to musisz iść się wysuszyć, bo tak się z ciebie leje, że zrobisz sobie zupę z tego sosu – zaśmiała się. – No, raz raz, akurat zdąży ci przestygnąć.
– No już, przecież idę. – Przewróciła oczami, ale mimo wszystko posłała matce wymuszony uśmiech.
Wyszła z ociąganiem. Ani trochę nie było jej do śmiechu. Gdyby nie musiała zostać po zajęciach artystycznych, by sprać w obskurnej łazience pentagram z bluzy, nie spóźniłaby się na autobus. Zmywanie czerwonej farby zajęło mnóstwo czasu. Na pewno więcej, niż zajęło jego namalowanie nieznajomemu artyście. Rachel musiała przyznać, że był zwinny – o malowidle dowiedziała się dopiero, gdy wstała z miejsca i usłyszała za sobą śmiechy.
Przebrana w swoje ulubione, powyciągane dresy, z włosami owiniętymi ręcznikiem, wróciła do kuchni. Usiadła na wysłużonym krześle i wbiła wzrok w porcję spaghetti.
Mary siedziała po przeciwnej stronie. Nalawszy sobie kawy, postawiła kubek na honorowym, wyblakłym od ciepła miejscu.
– To jak było w szkole? Jak nauczyciel od historii? – zagaiła.
– Trochę przynudzał – odparła obojętnie.
„Opowiadał naprawdę ciekawe rzeczy, ale za cholerę nie mogłam się na nich skupić, bo czułam, jak wszyscy się na mnie patrzyli. A, no i wręcz słyszałam w głowie przecudowne komentarze na mój temat. Czemu tego nie zgłosiłam? Bo wyszłabym na jeszcze większą wariatkę.” – cisnęło się na usta, ale tylko mocniej je zagryzła. Matka już i tak straciła wystarczająco dużo nerwów, użerając się z poprzednią szkołą. Nauczyciele składali puste obietnice, ignorowali wszelkie sygnały przemocy, a gdy działo się cokolwiek poważnego, zamiatali sprawę pod dywan. Koniec końców to problematyczna Rachel i wojownicza Mary stały się tymi złymi. Część kadry z pewnością odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się, że rodzina Wolfman nie wróci w następnym roku szkolnym.
– Może jeszcze się rozkręci, daj mu szansę – stwierdziła pocieszająco Mary. – A inni uczniowie? Złapałaś z kimś kontakt?
Rachel jedynie pokręciła głową, połykając makaron. Nie miała ochoty jeść, ale miała jeszcze mniejszą ochotę odpowiadać na pytania. Wiedziała, że wynikały z troski, ale zdecydowała, że w tym roku szkolnym poradzi sobie sama.
Jadły przez chwilę w ciszy. Matka kilkukrotnie unosiła nieco głowę, jakby chciała się odezwać, ale ostatecznie rezygnowała. Odrzuciła na plecy wpadające do talerza długie włosy, na których pojawiły się już odrosty przetykane siwizną.
– Pójdę sprawdzić, jakie podręczniki będą mi potrzebne. – Rachel dopiła szybko sok, podziękowała i odniosła naczynia do zlewu.
Wychodząc, przytuliła się do matki.
– Kocham cię.
– Ja ciebie też – szepnęła Mary.
Rachel wysunęła się z uścisku. Zgarnęła plecak z korytarza. Mijając po kilka skrzypiących stopni na raz, wspięła się na piętro. Odruchowo spojrzała w lustro wiszące naprzeciwko schodów.
Krzyknęła.
Szyba pękła z trzaskiem.
Rachel zatoczyła się do tyłu. Zahaczyła o dywan i upadła. Niemal zleciała w dół. Odepchnęła się gorączkowo od krawędzi. Syknęła. Odłamki szkła wbiły się w jej dłonie, wywołując piekący ból.
– Rachel?! – Mary wbiegła po schodach. – Co się stało? Jesteś cała? – Dopadła do córki i chwyciła ją za ramiona.
– J-ja… W lustrze… – Wskazała na strzaskaną powierzchnię. – Wy-wystawała…
– Kochanie, popatrz na mnie – powiedziała bardzo powoli. – Jestem tu, nic ci nie grozi – zapewniła, gdy złapała kontakt wzrokowy. – Oddychaj, wdech przez nos, przytrzymaj, wydech ustami tak jak ćwiczyłyśmy. – Sama zaczęła wykonywać wyuczone, głębokie oddechy.
Rachel nie mogła skupić wzroku na matce. Chciała wyrwać się z uścisku i obrócić w stronę lustra. Upewnić się, że smolista łapa z ogromnymi pazurami zniknęła.
– Skup się na mnie, patrz na moje usta i słuchaj słów – kontynuowała Mary spokojnym głosem.
Rachel pokręciła głową. Zacisnęła powieki, spod których pociekły łzy. Owinęła ręce wokół kolan i zaczęła lekko się kołysać. Czuła walące serce. Najpierw zrobiło jej się gorąco, potem momentalnie zimno. Zdrętwiały palce, cała zesztywniała. Nigdy nie widziała czegoś takiego. Odbicie demona zawsze pozostawało po drugiej stronie lustra.
A teraz sięgnęło ku niej.
Obrzydliwą, pomarszczoną łapą. Z szponami, które mogłyby rozerwać ją na strzępy. Demon nie był tylko odbiciem.
Mógł dostać się do tego świata. Do niej.
Rachel dygotała na całym ciele. Nie mogła pohamować łez. Czuła ciepło bijące od matki, która zamknęła ją w ochronnym uścisku.
– Jestem przy tobie, cokolwiek widziałaś, nie skrzywdzi cię. – Mary gładziła ją po głowie i lekko kołysała.
– Chciał... sięgnąć... do mnie... – wydusiła między urywanymi oddechami. Skuliła się.
Kołysały się rytmicznie. Ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem.
– Pójdziemy do twojego pokoju? Tam na pewno cię nie sięgnie.
Rachel skinęła głową.
Matka pomogła jej wstać. Musiała przytrzymać córkę, by nie upadła. Przeszły powoli przez korytarz. Zamknęły drzwi i usiadły na łóżku.
– Chcesz, żebym z tobą została? – spytała łagodnie.
– Na chwilę... – odparła słabo, wciąż wtulona w matkę.
– W porządku.
Rachel otwarła zaciśnięte do tej pory powieki. Ułożyła głowę na nogach matki.
Przyjemny półmrok był kojący dla zmysłów. Przysłonięte okna i brak luster gwarantowały, że demon nie będzie nawiedzał dziewczyny swoim paskudnym obliczem.
– Odpocznij, popilnuję cię. – Mary nakryła ją kocem.
Rachel mruknęła coś niewyraźnie. Chciała, by te słowa były prawdziwe. Zdawała sobie jednak sprawę, że demon nie potrzebował luster. Nie potrzebował nawet, by była świadoma.
Świat snów był równie dobrym miejscem, by ją nawiedzać.

***

Jeśli miałby do wyboru zwisać przez godzinę głową w dół z najwyższego wieżowca w Gotham, a brać udział w balu charytatywnym, Dick bez wahania wybrałby wieżowiec. Niestety, życie nie było dla niego na tyle łaskawe. Kiedy jest się adoptowanym synem milionera, czasem trzeba pojawić się na jakiejś durnej imprezie, na której wcale nie ma ochoty się być.
Stał oparty o balustradę i wpatrywał się w tańczący pod nim tłum. Ogromna willa Falcone’a, w którym odbywało się przyjęcie, tętniła życiem. Parter wraz z ogrodem i basenem został przeznaczony dla, jak to określał sam właściciel, “pospólstwa” - zamożnych, choć niezbyt ważnych w miejskiej hierarchii osób, które wypadało zaprosić dla utrzymywania pozorów. Na pierwszym piętrze natomiast bawiła się elita. Ostatnie piętro było niedostępne dla gości.
Mężczyzna wyłowił wzorkiem kilka znajomych twarzy. Roztańczona Vicky Vale porywała ze sobą kolejnych partnerów w wir zabawy. Lekko podpity Edward Nigma “zabawiał” gości, tłumacząc dokładnie każdą kolejną sztuczkę coraz bardziej poirytowanego zatrudnionego magika.
Dick prychnął pod nosem i upił łyk okrutnie niedobrego oraz równie okrutnie drogiego szampana. Odwrócił się w stronę drzwi balkonowych. Z niesmakiem odłożył kieliszek od siebie. Ile by dał, by móc biegać swobodnie po dachach Gotham, w dopasowanym i niekrępującym ruchów stroju Robina! Zamiast tego musiał dusić się w odrobinę za ciasnym smokingu w upalną, czerwcową noc. Przynajmniej bryza wiejąca znad zatoki Gotham przynosiła odrobinę ukojenia od skwaru.
Gdzieś w tłumie mignął mu Bruce. Uśmiechał się do uczepionej jego ramienia kobiety. Dick żałował jak cholera, że nie zabrał ze sobą osoby towarzyszącej. Barbara uparcie odmawiała udziału w takich imprezach. Twierdziła, że bogaci traktują ją jak lalkę, nad którą mogą się poużalać – „Biedactwo, Joker cię postrzelił i nie możesz chodzić? Straszna historia, doprawdy. Pozwól, że wpłacimy datek na rzecz szpitala, w którym cię leczono, a wieczorem rzucimy kasą w gang, z którym twój ojciec nie może sobie poradzić od dwóch lat”. Uśmiechnął się kwaśno pod nosem, przypominając sobie jej pogardliwy ton głosu i przedrzeźniającą minę. Cóż, nie mógł się jej dziwić. On sam chętnie wybiłby zęby co najmniej połowie obecnych na imprezie gości. Niestety, to były zasady działania Robina. Teraz był Dickiem Graysonem. Czarującym, na razie samotnym synem Bruce’a Wayne’a. I jedynym spadkobiercą wielkiej fortuny.
Upił kolejny łyk i przez dłuższą chwilę walczył sam ze sobą, by się nie skrzywić. Bąbelki łaskotały w język i drażniły wypalone alkoholem gardło. Może powinien wyhamować z tym szampanem. Cóż, do czasu otwarcia baru z drinkami nie miał za bardzo wyboru. Ciekawe, co zaproponowano abstynentom.
Z tłumu wyłonił się na oko czterdziestoletni, dobrze zbudowany mężczyzna. Jego garnitur już z daleka krzyczał, że jego właściciel nie klepie biedy. Facet niósł dwa kieliszki szampana. Przystawał co chwilę, zaczepiany przez kolejne osoby. W końcu dotarł do niepocieszonego tym faktem Graysona.
– Wspaniałe przyjęcie, prawda? – zagadnął, podając młodszemu szkło. – Falcone stanął na wysokości zadania.
Dick odmruknął coś w odpowiedzi i przyjął kieliszek. Powoli sączył napój, uważnie obserwując rozmówcę. Wiedział wszystko o każdym, kto był uważany za “elitę” w tym mieście, do poziomu rozmiaru buta i ulubionego rodzaju chleba. Tego jegomościa nie kojarzył. Nienagannie ułożone, rude włosy, drogi zegarek na ręku i wystudiowany uśmiech zdradzały, że nie było to pierwsze takie rodeo nieznajomego.
Musiał przyznać, że Blood był całkiem przystojny. Pierwsze zmarszczki wokół niebieskich oczu dodawały mu powagi.
– Zdaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać. – Wyciągnął w stronę Graysona wypielęgnowaną dłoń. – Sebastian Blood Dziesiąty.
– Richard Grayson.
Uścisk był mocny i pewny.
– Ten Richard Grayson? Syn Bruce’a Wayne’a?
Dick tylko skinął głową. Tylko czekał, aż Blood przejdzie do marketingowego paplania o tym, czym to się nie zajmuje zawodowo i opisywania, w jaki to sposób jego innowacyjny pomysł nie ulepszy życia lub portfela potencjalnego inwestora. Jeśli miał być kompletnie ze sobą szczery, to od czasu do czasu lubił pobawić się w naiwnego młodziaka. Grzecznie kiwał głową, zadawał pytania kompletnie od czapy, by wyrazić zainteresowanie, a kiedy w końcu zachęcony pozytywną reakcją rozmówca wykładał karty na stół i podawał cenę, Dick z rozbrajającym uśmiechem odpowiadał, że jego kieszonkowe nie będzie w stanie pokryć kosztów. Uwielbiał oglądać zupełnie skołowane takim wyznaniem miny.
– To musi być męczące. Te wszystkie bale, ciągłe życie w świetle reflektorów… – Blood poprawił mankiety koszuli i także oparł się o balustradę. Wbił wzrok w roześmiany tłum. – Jeśli mogę pozwolić sobie na szczerość, nie znoszę tego blichtru ponad wszystko. Ale niestety, tak się w dzisiejszym świecie robi interesy. – Wychylił cały kieliszek szampana.
Dick w milczeniu popijał swoją dawkę szampana. Nie spuszczał wzroku z towarzysza. Czekał, aż ten w końcu powie, po co przyszedł.
– Gdyby każda z obecnych tutaj osób nie kantowała przy rozliczaniu podatków czy oddała chociaż część swojej fortuny na cele dobroczynne, takie przedstawienia w ogóle nie byłyby potrzebne – kontynuował niezrażony Sebastian.
– A ty kantujesz? – wymsknęło się Graysonowi.
W odpowiedzi usłyszał głęboki śmiech.
– Staram się być tak uczciwy, jak tylko pozwala mi na to system – odparł w końcu. – A wszystko, co mam, poświęciłem dla innych. Falcone pieniądze zebrane na dzisiejszym przyjęciu przeznaczy na rozbudowę skrzydła szpitalnego, który dzięki działaniom Kościoła Krwi nieodpłatnie będzie leczył najbiedniejszych w tym mieście.
– Kościół Krwi? – Dick uniósł brew. – Pierwsze słyszę.
– Założył go Sebastian Blood Trzeci, mój pradziadek. Był zakonnikiem, który całe swoje życie poświęcił, by pomagać bezdomnym. Krew w naszej nazwie to symbol braterstwa, pokrewieństwa z tymi, którym nie poszczęściło się w życiu. – Sebastian wyprostował się. – Dopiero co rozpoczęliśmy działalność w Gotham, więc możliwe, że jeszcze o nas nie słyszałeś.
Dick już otwierał usta, by odpowiedzieć, lecz przerwało mu podekscytowane „Bracie Sebastianie!”. W progu balkonu stanęła wsparta o laskę i kamerdynera elegancko ubrana, starsza kobieta.
Blood skinął głową w jej stronę.
– Mam nadzieję, że będziemy mogli jeszcze kiedyś kontynuować naszą rozmowę. A tymczasem wybacz mi, sprawy zawodowe wzywają. – Uśmiechnął się uprzejmie do Dicka. – Miłego wieczoru.
Richard skinął głową i odprowadził nowego znajomego wzrokiem. Kiedy Blood zniknął wraz ze starszą kobietą w budynku, Dick znowu oparł się o balustradę. Z niezadowoleniem zauważył, że jego kieliszek był pusty. Bawiąc się szkłem, wbił zamyślone spojrzenie w wirujący tłum.
Sebastian Blood. Cóż za dziwny człowiek.

***
Dzień dobry w tym pięknym dniu Gwiazdka :D! Przedstawiamy nową wersję rozdziału pierwszego - chronologicznie rozgrywa się pomiędzy Prologiem a wydarzeniami, które znacie z rozdziału Ucieczka. Życzymy miłej lektury!
Edytowane przez For dnia 2022-11-19, 11:33

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Świetna robota Robin :). Jak zawsze, Wasze bogactwo językowe jest na 5 w skali od 1 do 5 Gwiazdek Gwiazdka :D. Bardzo łatwo się wczuć w postacie, ich sytuacje życiowe i przemyślenia. Fragmenty, gdzie mowa o szkolnym prześladowaniu Rachel mocno chwytają za serce i skłaniają do przemyśleń na temat, niestety częstych, tego typu sytuacji w szkołach. Ciężko bronić się w jakikolwiek sposób, kiedy wiesz, że to tylko bardziej sprowokuje przeciwników, a sami nauczyciele często przymykają na to oko, bo albo sami się boją, albo nie widzieli wszystkiego i myślą, że parę upomnień w zupełności wystarczy.
No i zawsze lepiej poskakać po dachach (no w naszym przypadku to może jednak posiedzieć niż poskakać XD), niż kisić się na imprezie. No chyba, że mówimy o urodzinach serwisu Cyborg 8-P
Dziękujemy za miłe słowa Gwiazdka :D
Wypowiem się w moim imieniu, a For niech dołoży coś od siebie. Ogólnie, jak już chyba wiemy, dobrze mi się wczuwa w Raven i cieszę się, że czytelnikom również. Fragment o prześladowaniu wyszedł jakoś tak sam z siebie, nie myślałam nad nam za długo i nie zastanawiałam się, jaki przekaz niesie, ale faktycznie, może uświadamiać, że problem występuje nie tylko w fikcji, ale też w prawdziwym świecie.
Chcę podziękować For, że tak ładnie wszystko ogarnęła, gdy ja miałam czas tylko przytakiwać lub rzucać luźnymi pomysłami i dopięła ten rozdział do daty publikacji
@Gwiazdeczka, bardzo dziękujemy za czas poświęcony na przeczytanie <3 i cieszę się ogromnie, że ci się podobało. Może Dick by w końcu przestał marudzić, gdyby przyszedł na serwisowe urodziny Gwiazdka :D

@Ravenna, za ten cukier czeka cię kapeć Bestia :P

66.media.tumblr.com/b5fea9afcdef6889f7efbcb856806929/tumblr_pxezjfEfAI1qf5hjqo5_540.gif
Art w avatarze: Raven by Gabriel Picolo
Braknie ci tych kapci za niedługo, @For xD
Przejdź do forum: